Zaciekawienia

Ileś był warty, dwudziesty czwarty?- podróżnicze podsumowanie roku 2024

Gdy połkniemy bakcyla podróżowania, chciałoby się więcej i więcej. Ogromnie fajnie jest wracać do domu, zagnieździć się w nim od nowa po odbytej podróży, nasycić bliskimi i domową rzeczywistością. Jednak po 2-3 tygodniach zaczyna się czas podglądania, poszukiwania, namierzania – moja mama nazywała to familiarnie „swędzeniem dupki„. Już chciałoby się gdzieś pojechać! To nie musi być zaraz podróż na koniec świata, wystarczy choćby płocka skarpa, ulica Piotrkowska w Łodzi, toruńska Starówka, czy smołdzińskie lasy z plażą Czołpino. Byle się ruszyć!

Będzie krótko o miejscach, do których udało się pojechać w 2024 roku. Może ciut dłużej o tych, których nie uhonorowałam dotąd wpisem na blogu (wszystko jeszcze przed nami :-).

Tym samym udało się odbyć 10 mniejszych lub większych zagranicznych podróży, w których było mi dane oglądać 8 krajów, z czego 3 po raz pierwszy (Indonezję, Japonię i Łotwę). Co ciekawe – Włochy występują w nich trzykrotnie!. Wiadomo nie od dziś, że #rokbezwłochtorokstracony. Jest też kilka wojaży po Polsce.

Indonezja – na wyspie Jawie i wyspie Bali

Na przełomie stycznia i lutego wyruszyłam w pierwszą w 2024 roku, za to naprawdę daleką i egzotyczną podróż do Indonezji. Nie ukrywam, że pojechałam tam z biurem podróży (Itaka), ale zdecydowałam się na tę podróż sama, bez towarzystwa, zależało mi więc, by być częścią grupy. Po długiej podróży z nocną przesiadką w Dubaju, dolecieliśmy do Jakarty. Nie bez kozery mówię „długiej”, bo lot Dubaj – Jakarta trwa jeszcze 8 godzin, co w sumie z Warszawy daje ponad 14, nie licząc przesiadki.

Po wewnętrznym przelocie do Yogyacarty (Dżogdży – jak w skrócie nazywają ją lokalsi i turyści), przejechaliśmy wzdłuż Jawę, najludniejszą wyspę Indonezji, zwiedzając Yogyjacartę, świątynie Borobudur i Prambanan, przebywając indonezyjskim pociągiem odcinek Yogyjacarta – Mojokerto, by tam wspiąć się na wulkan Bromo, a później oglądać wschód słońca nad jego masywem.

Rankiem, po powrocie z obserwacji wschodu słońca nad wulkanami

Wreszcie, na wschodzie Jawy podziwiać niesamowitą roślinność w okolicach Kalibaru i promem przepłynąć na Bali. A na Bali… Piękno świątyń i przyrody opisałam już w Bali – jawa czy sen? Tam, poza dalszym ciągiem zwiedzania, można było oddać się ciepełku i kąpielom w oceanie. A balijskie słoneczko, hmmm, trochę mi dało popalić! Jedną z pięknych stron Indonezji jest ogólna dostępność i niska cena masaży – balijskich i wszelakich. Mimo pory deszczowej w Indonezji – było rajsko!

Popatrzcie na Prambanan, świątynię buddyjską koło Yogyacarty.

A tak podane jedzonko też się nam zdarzyło, jeszcze na Jawie

Berlin na krótki weekend

Bardziej rodzinnie niż turystycznie znaleźliśmy się na początku marca w Berlinie, ale na oglądanie miasta też musiał znaleźć się czas. Była więc panorama z wieży telewizyjnej (Fernseheturm), było centrum zachodniej części Berlina z Tiergarten, Zoogarten i potrzaskanym kościołem, była Kolumna Zwycięstwa, były berlińskie niedźwiadki, była Unter den Linden i katedra. Nie mogło też zabraknąć „wurścików” czyli curry wurst! Gdzie, jak nie w Berlinie?

Stara Wenecja we wspaniałym city breaku

Wenecja to miasto absolutnie niezwykłe. Wielu o niej napisało wiele, ja też przyjechałam tu po raz czwarty. Zawsze jest jednak zachwyt, jak za pierwszym razem. Trochę patosu: na świecie jest wiele pięknych i niezwykłych miast, ale takie jak Wenecja, jest tylko jedno! Miasto na kanałach! Miasto, gdzie można poruszać się tramwajem wodnym (vaporetto), gondolą lub pieszo i gdzie ogromny plac z bazyliką i lwami bywa czasem zalewany wodą.

Miasto, niegdyś państwo – Republika Wenecka – do którego codziennie przybywają tysiące turystów, by wieczorem odjechać. Dojrzeliśmy z Piotrem do tego, by przyjechać do Wenecji na kilka dni i zamieszkać w starej części miasta, nad kanałem, o 5 minut od Ponte Rialto. Była końcówka marca, ale w dzień wygrzewaliśmy się w słoneczku. Zwłaszcza w Burano. kolorowym miasteczku na Lagunie Weneckiej. Muszę o tej Wenecji koniecznie jeszcze napisać!

W Burano

Japonia z Tokio, Kioto, Osaką, Hiroszimą, Nagasaki, Nikko, Inari etc.

Na przełomie kwietnia i maja odbyliśmy najważniejszą podróż 2024 roku – do Japonii. Ważną, bo daleką, długą, bardzo urozmaiconą i niełatwą. Do tego cel bardzo ciekawy i odmienny kulturowo. Japonia wywołała mnóstwo zaskoczeń, które opisałam w Czym zaskakuje Japonia?

Jak dotąd nie odważyłam się zmierzyć z obejrzanymi tam miejscami, a było ich mnóstwo! Zaczęliśmy od Tokio i jego okolic (zabytkowe Nikko, Kamakura oraz góra Fuji, której widać nie było – mgła!) Potem nastąpiła railway story, bo zdecydowana część wędrówki opierała się na podróżach pociągiem – Hiroszima, Nagasaki, Kioto, Nara, Uji, Osaka, Inari, by znów wrócić do Tokio.

Fragment Kiyomizu-dera w Kioto

Wśród wspomnień rysuje się i wielopoziomowe Tokio, i urokliwe chramy w Nikko, i widokowa Miyajima, i Kiyomizu-dera w Kioto (buddyjski kompleks świątynny z listy kandydatów do siedmiu cudów świata), i czerwone Inari, i jelonki w Nara, i spektakl gejsz, i ceremoniał herbaty, i ogrom pysznego, miejscowego jedzenia (wołowina, świeże ryby…)

Bramy wotywne w Inari – jest ich ponoć ok. 10 000!

Turcja dwudzielna: Stambuł i Kapadocja

Wyjazd do Turcji nastąpił dość szybko po powrocie z Japonii, jeszcze nie zdążyłam ochłonąć. Byłam w Turcji już kilka razy, ale ta majowa wycieczka była niezwykła, bo zawierała magiczny Stambuł, w którym dotąd się tylko przesiadałam na lotnisku, i jeszcze bardziej magiczną Kapadocję. Perełki Turcji!

Cysterna (podziemny zbiornik na wodę) wybudowana w VI. wieku naszej, ery wywarła na mnie ogromne wrażenie

W Stambule spaliśmy w hotelu z widokiem na Błękitny Meczet, przepłynęliśmy się Bosforem i obejrzeliśmy najcenniejsze miejsca tak, jakbyśmy niemal oglądali na żywo film „Wspaniałe stulecie„. Jedynie pogoda była nieturecka jak na maj, bo generalnie marzliśmy. Ulubiona pilotka, Zosia, zagrzewała nas do zwiedzania.

Za to Kapadocja…! Duża dawka niesamowitej przyrody – ostańce skalne ukształtowane w różne formy, domy i kościoły wykute w wulkanicznych skałach. Może jeszcze coś o tym napiszę…?

Mazury – Jezioro Ryn i Tałty

To był kilkudniowy wyjazd, ale niósł ze sobą pływanie po mazurskich jeziorach Ryn i Tałty – i to było piękne! Do tego wzbogacone o spacery i rodzinne bycie razem.

Sardynia – wyspa Sant’Antioco i San Pietro

Sardynia to bardzo atrakcyjna wyspa, druga co do wielkości włoska wyspa na Morzu Śródziemnym. Tym razem stała się celem naszej corocznej całorodzinnej wyprawy. Konkretnie – skierowaliśmy się w 7 osób (przez kilka dni nawet 8) do bardzo fajnego domu z basenem w pobliżu miejscowości Calasetta na wyspie Sant’Antioco. Wszystko, co się tyczy pobliskich atrakcji, opisałam w Calasetta i Carloforte czyli na sardyńskich wyspach. Było jednak jeszcze trochę więcej atrakcji niż te 2 nieduże, a urocze wyspy – Porto Flavia na Sardynii z niesamowitym rejsem i miasto Iglesias, a także Sant’Antioco i naturalne baseny wokół wyspy.

Skały u wybrzeży Sardynii podczas naszego rejsiku z Port Massua (Porto Flavia)

Solec Zdrój czyli „u świętokrzyskich wód”

Czasem trzeba, zwłaszcza w pewnym wieku, pojechać dopieścić swoje ciało, by dobrze i jak najdłużej funkcjonowało. Stąd wyjazd do wód. W dodatku siarkowych! Solec Zdrój to najlepsze bodaj źródła siarki w Polsce. I bardzo miłe miejsce! Polecam sanatorium Uzdrowisko Solec Zdrój! Stary park zdrojowy, niesamowity stopień ukwiecenia i kawiarnia Szyb Solecki – to podbiło nas w Solcu.

Wybrzeże Słowińskie

To już klasyk, tradycja i dom. Na Wybrzeże Słowińskie przyjeżdżamy od paru lat kilkakrotnie w ciągu roku. Ten kawałek wybrzeża nieustannie zachwyca – pustymi plażami, osuwającymi się sosnami, wyłaniającymi się z morza pniami, białymi wydmami. Już wiemy, że plaża raz jest szeroka, z rozlewiskami, a innym razem niemal pochłonięta przez morze. Natura!

Najmniej bajecznie jest w sezonie. Bywa ciepło, można żegnać na plaży słoneczko, ale ludzi jest dużo więcej. W tym roku w okolicach Smołdzina spędziliśmy cały niemal sierpień z najmłodszymi członkami rodzinki. Do tego udało się spełnić marzenie i wyzwanie, które dawno już za nami chodziło – przeszliśmy z Piotrem pieszo plażą odcinek Plaża Czołpino – Łeba (a właściwie Wyrzutnia Rakiet) – prawie 23 km! Plaża na tym odcinku jest właściwie wąskim pasem lądu oddzielającym Jezioro Łebsko od morza – można tylko iść na nóżkach naprzód, nie da się zejść w bok. Pokonaliśmy!

Kwintesencja naszego sierpnia nad morzem

Luksemburg i Schueberfouer

Luksemburg w moich podróżach jest również powracającym motywem – może się kiedyś wreszcie doczeka swojego artykułu…? Tym razem podróż na przełomie sierpnia i września była po to, by zobaczyć Schueberfouer i sprawić przyjemność pewnemu małemu chłopcu. Czym jest Schueberfouer? To jeden z największych jarmarków-festynów-lunaparków w tym rejonie świata, który rozkłada się na 3 tygodnie w sierpniu i wrześniu w samym centrum Luksemburga. To tętniące światłami, muzyką i zapachami święto zwabia ludzi w każdym wieku, choćby na drinka, piwo, jedzenie, czy nieustanne „och!” towarzyszące obserwacji najbardziej szalonych młotów, karuzel czy domów strachów.

Oto i szaleństwo Schueberfouer

Nasz pięciolatek był w szoku zadziwienia. Ja też! Poza feerią festynu odbyliśmy też trochę spacerów po mieście, placach zabaw (fajne są!), wycieczkę do Remich oraz na spotkanie z dinozaurami w Niemczech. Weronika zadbała o wszystko.

Ryga i kawałek Łotwy

Decyzja była szybka, a loty tanie. W ten sposób 30 września poleciałam do Rygi na city break. Jakie to było ładne miasto! Przyjemnie się je oglądało, nawet samotnie. Spacery po Rydze, hanzeatyckim, kolorowym mieście nad rzeką Dźwiną, opisałam dość dokładnie w Do Rygi! Łotwa była dla mnie nowym kierunkiem; jakoś nie jeździłam dotąd na wschód, poza bardzo dalekim wschodem. Ten nadbałtycki kraj bardzo mnie jednak ujął.

Sopot

Sopot jest dobry na każdą porę, ale tym razem był szczególnie fajny, bo stanowił mój prezent urodzinowy. Nawet nie tyle sam Sopot, co doświadczenie takiego niezwykłego i kultowego miejsca, jakim jest Hotel Grand. Hotel-legenda „chodził” już za mną długo. Udało się w pierwszy październikowy weekend! Uwielbiam takie prezenty…

Listopadowy Rzym w silnej babskiej piątce

Tadam! Włochy po raz trzeci w tym roku, Rzym po raz czwarty w życiu! Zaplanowany już parę miesięcy wcześniej (na prośbę Ali) wyjazd do Rzymu rozrósł się do pięciu pań w podobnym wieku (czyli – w kwiecie wieku :-D): ja i Anka, Ala, Danka i Iwona. Skład sympatyczny i żądny oglądania świata, przy czym to Anka i ja miałyśmy robić za kierownictwo i pilotki.

Na Zatybrzu (po włosku Trastevere)

Było więc w dniu pierwszym przemiłe, dotąd mi nieznane Zatybrze (Trastevere). Był dzień antyczny z Koloseum i Forum Romanum, był dzień barokowy z kościołami Il Gesu, San Adrea, San Carlino i św. Agnieszki, Fontanną di Trevi i z Piazza Navona, był dzień „święty” z Watykanem, jego bazyliką i muzeami.

Były też wieczorne Schody Hiszpańskie, Panteon i wejście na Ołtarz Ojczyzny. Do tego wszystkiego mnóstwo słońca, ale też nieco stresu z powodu strajku komunikacyjnego w Rzymie w dniu wyjazdu. Ponadto jeszcze sporo fajnego jedzenia i, oczywiście, wina!

Meksyk – Jukatan z zabytkami Majów i grudniowym dogrzewaniem

Grudzień budzi chęć dogrzewania. Zaplanowaliśmy to z przyjaciółmi już nieco wcześniej, by na mikołajki obejrzeć zabytki Majów na Jukatanie. Byliśmy w Meksyku z dość obszernym zwiedzaniem dawno, w 2009 roku, ale to duży kraj, więc w ówczesnej trasie zwiedzania nie zmieścił się wschód Meksyku (czyli półwysep Jukatan). Grudniowy pobyt na Playa del Carmen bardzo był odprężający.

I po to się jeździ w grudniu do Meksyku!

Zobaczyliśmy Tulum, a w nim ruiny miasta majańskiego z XII w. n.e., W Ruinas można zobaczyć pamiątki Majów: Zamek, świątynię wiatru, oryginalne malowidła naścienne oraz mur otaczający centralną część miasta. Z klifu rozpościerał się pocztówkowy widok na Morze Karaibskie oraz malownicze plaże. Na jednej z nich, Pescadores, zażywaliśmy później szmaragdowego błękitu morza, powalających (dosłownie!) fal i innych atrakcji.

Prawdziwą perełką wyjazdu była Chichén Itzá, prekolumbijskie miasto założone przez Majów w IV-VI wieku, z najbardziej znaną jego częścią zwaną „piramidą” (lub świątynią Kukulkana / Quetzalcoatla). W istocie, ta piramida schodkowa pełna jest symboli – wysoka na 30 metrów, a łączna liczba schodów w 4 biegach liczy… 365! Tyle, co dni w roku.

Piramida Kukulkana – Chichen Itza

Obiekt Chichén Itzá wpisano w 1988 roku na listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO, zaś 7 lipca 2007 roku został ogłoszony jednym z siedmiu nowych cudów świata!

Zabawnym zjawiskiem na Jukatanie była dla mnie obecność zwierzaków. Na terenie hotelu i w namorzynach przy plaży żyły sobie wszędobylskie ostronosy (coaties – spiczaste pyszczki, paskowane ogony) – jeden nawet zaatakował pewnego dnia moje danie konsumowane na leżaku! Na słoneczku w różnych miejscach wygrzewały się iguany. Nieco bardziej nieśmiałe były kapibary.

Wisła

Do beskidzkiego kurortu udało się nam wybrać z całą rodzinką na finał świąt i trochę po ich zakończeniu. To był bardzo dobry pomysł, by wstać od stołu i oddać się spacerom doliną Wisły, basenowym rozkoszom i zdobywaniu gór (niektórzy na nóżkach, niektórzy wyciągiem). Polecam też przejażdżki saniami lub wozami, zaprzężonymi w konie, w góry, gdzie trochę więcej śniegu.

Lubię statystyki!

Lubię statystyki i zwykle w tym miejscu podsumowania opierałam się na statystykach z Google Timeline, ale tym razem w otrzymanym raporcie brakuje całej naszej aktywności z drugiej części roku. Dane są więc zupełnie niewiarygodne. Jedno jest pewne:

Wykonałam 1 okrążenie dookoła świata (nawet bez tej brakującej części)

czyli 43 234 km

Z czego jeszcze jestem dumna, ja bloger – emeryt?

  • z 3 nowo odwiedzonych krajów (Indonezja, Japonia i Łotwa)
  • z odbytej pieszo trasy Plaża Czołpino – Łeba w sierpniu (wreszcie!)
  • z opublikowania mojego artykułu o Omanie w magazynie turystycznym All Inclusive – „W zapachu kadzidła, czyli Oman”
  • z decyzji o samotnych podróżach, które niosą wiele wyzwań (Indonezja, Ryga)
  • z 10 wyjazdów za granicę (bardzo różnych – króciutkich i dłuższych, dalekich i całkiem bliskich, egzotycznych i mniej)
  • z 3 wyjazdów do Włoch, w tym samodzielnie (z Anią) przeprowadzonego tripu dla koleżanek po Rzymie
  • z odbycia 23 lotów w 2024
  • z niemal 5 lat działania tego bloga (stuknie w lutym)
  • z popełnienia 11 artykułów na blogu w minionym roku
  • z tego, że cały czas mogę trochę pracować (uczyć francuskiego) i nie rdzewieć
  • z tego, że (mam nadzieję…) cały czas jestem fajną żoną, mamą, babcią i … panią domu (?)

Ileś więc był warty, dwudziesty czwarty? Sporo! Byłeś dobrym rokiem. Jestem wdzięczna losowi za swoje zdrowie i chęci do podróżowania, za swoją rodzinę i przyjaciół, którzy czasem mi towarzyszą, a zawsze – są i wspomagają, za wiele pięknych chwil i nowych doświadczeń.

    Komentarzy - 6

  1. Można się od Ciebie uczyć jak tyle doznań można zmieścić w takiej „pigułce”, nie tracąc nic z ich sensu i wartości.
    Cieszę się, ze mogłam być maleńką cząstką tych podróży :))
    Gratuluję i życzę następnych udanych wojaży! Rok 2025 stoi przed Tobą gotowy do odkrywania nowego…

    1. Niewykluczone, że Rzym doczeka się więcej, ale na razie jest „pigułka”. I też się cieszę, że byłyśmy RAZEM!

  2. Zachwyca mnie jak pięknie piszesz o tych miejscach:)

  3. Alez sie nazwiedzalas! jestem pelna podziwu:)
    I gratuluje publikacji w magazynie turystycznym!
    Mam nadzieje, ze i 2025 bedzie bardzo podrozniczo udany:)

Skomentuj Iwona Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *