W podróży

Apulia – na początek

Długo zastanawiałam się, od czego zacząć swój start z blogiem. Obrazów z odbytych podróży kłębi się w głowie mnóstwo, ciekawych sytuacji też…  Wybór padł wreszcie na krainę, którą mam bardzo świeżo w pamięci – na włoską Apulię, południowy region z „obcasa buta”.

Mam pełną świadomość, że jakiegokolwiek miejsca nie opiszę, ktoś pisał już o nim wcześniej. Wcale nie ukrywam, że przed swoją podróżą z ciekawością i podziwem podczytywałam blogerki, dla których Włochy są tematycznym hasłem blogów (Primo Cappuccino, Italia by Natalia czy Apulia na Obcasie – szacunek!) Ja będę opowiadać z pozycji turysty, zawsze i wszędzie (choć są miejsca, po których pewnie mogłabym oprowadzać), w dodatku turysty, który z racji wieku i doświadczenia szuka miejsc  pięknych, niezwykłych, ale i ociupiny wygody.

Apulia stała się nam bliższa, gdy do Bari uruchomiono bezpośrednie połączenia lotnicze. Dziś możemy tam polecieć Wizzairem z Warszawy, Wrocławia, Katowic, Krakowa, a wkrótce z Gdańska. Lot trwa około 2,5 godziny. Ceny biletów są różne, ale na sezon, czyli wakacje, nie traficie raczej na jakieś niesamowite okazje. Za bilety w czerwcu i lipcu zapłaciliśmy po około 800 zł. od osoby. Trochę wpływu na cenę ma bagaż: czy wybieramy 20-kilogramową walizkę do odprawienia, czy plecaczek do kabiny, to może być różnica 150 i więcej zł. Muszę dodać, że bilety na miesiące wakacyjne trzeba ogarnąć wcześniej. My kupowaliśmy je w lutym na czerwiec i już kosztowały niemało.

Po przylocie do Bari szukamy metra. Łatwo je znaleźć, zejście jest tuż przy bocznym wyjściu z lotniska Karola Wojtyłły w Bari. Do miasta dowiezie nas też autobus nr 16. My szukaliśmy autobusu do wypożyczalni aut. Wynajem samochodu był największym zgrzytem tego wyjazdu, ale nie chcę roztrząsać szczegółów, by nie zepsuć wakacyjnego nastroju. Jedno jest pewne – unikajcie jak ognia firmy RENTALCARS, brytyjskiego pośrednika w wynajmie samochodów! Lepiej skorzystać z miejscowych wypożyczalni (zazwyczaj mówią też po angielsku), tylko poza lotniskiem, bo tam i ceny są wyższe i kolejki gigantyczne.

W końcu, zaopatrzeni w firmie Goldcar w Renault Captur z nawigacją identyczną, jak w naszym domowym aucie (swojsko!), ruszyliśmy na podbój Apulii.

Castellana Grotte

Ponieważ nasza wakacyjna ekipa liczyła w momencie przylotu 5 osób, w zasadzie dorosłych (później w porywach 6), zdecydowałam wynająć dom. Skorzystałam z portalu Homelidays, skąd wiele razy już wcześniej wynajmowałam domy i mieszkania na wyjazdy, zawsze z dużym zadowoleniem. Podobnie było i tym razem: na obrzeżach miasteczka Castellana Grotte, w przyjemnej zacienionej willi z ogrodem czekała na nas Signora, elegancka i stylowa pani właścicielka, całkiem komunikatywnie mówiąca po francusku. Jak się później okazało, professora della letteratura italiana. Dom jest bardzo dobrą opcją, jeśli jedziemy większą grupą (co nie tak często nam się zdarza). W cenie taniego hotelu (po około 23 euro za osobę za noc) mieliśmy poza sypialniami dużą kuchnię, ogród, taras jadalniany i 2 łazienki! I do tego było pięknie!

Grotte di Castellana odwiedziliśmy dopiero szóstego dnia naszego pobytu.

Grotte Di Castellana
Grotte di Castellana

Znajdują się na obrzeżach miasteczka. Zwiedza się je tylko z przewodnikiem. Można wybrać pełną opcję zwiedzania, tzw. completo (16 euro) lub zwiedzanie godzinne. Wybraliśmy to drugie, wstęp 12 euro, dzieci do 14 lat – 10 euro. Groty są otwarte cały rok.  Latem warto pamiętać, by schodząc nieco się przyodziać, gdyż temperatura wewnątrz to około 16 stopni. Łączna długość korytarzy jaskiń przekracza 3300 m. Najpiękniejsze i najciekawsze miejsca w nich to La Grave (największa komnata licząca ok. 100 m długości i 50 m szerokości, w dodatku u góry zwieńczona otworem, przez który wpada światło słoneczne z zewnątrz!) oraz La Grotte Bianca, z fantastycznymi białymi naciekami, stalaktytami i stalagmitami. Pan Anelli w 1938 roku dokonał oficjalnie odkrycia grot, choć już w połowie XIX wieku były one odwiedzane i nawet opisywane przez okolicznych pasjonatów.

Przy okazji Castellana Grotte trzeba wspomnieć o bardzo fajnej restauracji. Jest co prawda na obrzeżach miasta (my akurat mieliśmy blisko), ale jeśli ktoś porusza się samochodem, to problem nie istnieje. To Al. Pozzo, na Strada Communale Polignano 82, niedaleko supermarketu Doc. .Duży wybór dań (smacznych!), ładnie i przyjaźnie cenowo.

Polignano a Mare i Monopoli  czyli wycieczka nad morze

Wymarzona wycieczka na niedzielę!

Nasz dom znajdował się w pobliżu „wylotówki” na Polignano, dojazd był więc prosty. To tylko ok. 16 km i droga trwała niespełna pół godziny. Udało się zaparkować w centrum i na dodatek na niepłatnym parkingu (niedziela!)

Nie uwierzycie, ale przewodnik Włochy z mojej ulubionej (choć wcale obiektywnie nie najlepszej) serii „Podróże marzeń” z 2005 roku nawet jednym słowem nie wspomina ani o Polignano, ani o Monopoli! To znak, że te miejscowości długo umykały tłumom turystów.

Polignano a Mare jest położone prze-pięk-nie! Domy miasteczka leżą wysoko, na skalnym klifie, nad jaskiniami morskimi, a niżej… błękit i fale Adriatyku.

Polignano a Mare

Z góry można popatrzeć na słynną plażę Lama Monachile. Wygląda bajecznie, z dwóch stron otoczona ścianą klifu. O tym, że tylko wygląda, przekonałam się kilka dni później, ale o tym w części Plaże w Apulii.  Niezapomniane wrażenie pozostawia też most przerzucony pomiędzy klifami w okolicach plaży – Ponte Polignano (lub Ponte di Lama Monachile). Można nim dojść w okolice portu, by zobaczyć pomnik Domenico Modugno, Na pewno wszyscy słyszeli o tym śpiewaku, a jeśli nazwisko nic nie mówi, to na pewno sam obroni się przebój Volare . Nie mogłam sobie odmówić zdjęcia z Domenico!

Domenico Modugno

W samym centrum Polignano przejdziecie przez charakterystyczną bramę, a później – urokliwa, stara część miasteczka, gdzie z ogromną przyjemnością można spacerować i błądzić: wąskie uliczki, małe placyki, knajpki, suszące się pranie… Sercem miasteczka jest plac Piazza Vittorio Emanuelle II.  Polecam punkt widokowy, by zrobić sobie zdjęcia z klifami i morzem w tle. Ogromną atrakcją są odbywające się latem skoki z klifów do wody, a szczególnie Red Bull Cliff Diving, konkurs skoków do morza z wysokości 27 metrów. 

Zjeść można w wielu miejscach, Naczytałam się o kilku proponowanych kultowych knajpkach. My skorzystaliśmy z małego bistro, w którym patate-riso-cozze oraz panini były wystarczająco dobre. Może następnym razem będziemy bardziej podatni na podpowiedzi…

Monopoli, do którego przejechaliśmy po południu miało dla mnie przede wszystkim jedno zaskoczenie: idziesz ulicą pełną starych domów i bram (jak się później dowiedziałam Via Porto), wchodzisz w bramę i … olśnienie! Przed tobą port – piękny, kolorowy, pełen rozmaitych łódek i otoczony z dwóch stron białymi zabudowaniami, kontrast bieli i turkusu morza. Cudo!

W mieście warto zobaczyć Piazza Garibaldi, wznoszący się na tle morza zamek Castello Carolo, armaty w bardzo widokowym Bastionie Santa Maria, nad samym morzem, ale przede wszystkim trzeba przejść się promenadą i pokluczyć uliczkami szerokimi na wyciągnięcie ramion. No, i zjeść lody!

Bastion Santa Maria

W drodze powrotnej z Monopoli nasz driver zapragnął odjechać jeszcze odrobinkę na południe wzdłuż morza. Zatrzymaliśmy się na dużym parkingu nad morzem w okolicach Capitolo, a tu – odkrycie! Stragan z warzywami i owocami, a przy nim stoisko z rybami i owocami morza! Wyciągniętymi chyba całkiem niedawno z Adriatyku! Małże (cozze), jeszcze na drutach! Była to pescheria Rena. Mój mąż oszalał i tego dnia wieczorem jedliśmy na kolację małże z cebulką i białym winem, Mniam! (przepis na mule wg Piotra na blogu)

Jeśli będąc we Włoszech macie normalną kuchnię, to aż ślinka cieknie, jak pyszne, proste i tanie dania można tam gotować. My w Castellana Grotte większość kolacji przyrządzaliśmy sami. A było biesiadowanie…!

Matera, skalne miasto

Co prawda Matera to już nie Apulia, a Bazylikata, ale jej fama niesie daleko i Matera weszła do planów naszego wyjazdu. Tym bardziej, że została w roku 2019 wybrana Kulturalną Stolicą Europy.

Z Castellana Grotte do Matery jest niecałe 70 km przez Putignano i Gioia del Colle. Uznaliśmy, że to niedaleko i czasu mamy dość, zadaliśmy więc nawigacji komendę zjeżdżania do mijanych miasteczek w celu rzucenia okiem. No, i Gioia (po włosku radość) przysporzyła nam nieco „radości”. Wpakowaliśmy się do centro storico małego miasteczka, gdzie uliczki nagle zrobiły się tak wąskie, że chodników nie było wcale, a nasz Captur ledwie się mieścił. Przy skręcaniu z trudem się wyrabiał. Ale – cały czas zgodnie z nawigacją! Wreszcie okazało się, że któraś kolejna uliczka jest zamknięta, choć każą nam uparcie nią jechać. No to – cofamy! Sztuczka była to niemała, tym bardziej, że po bokach schodki, a jedna starszawa signora, widząc nasze manewry, w popłochu i z potępieniem w oku zgarniała suszarkę z praniem.

Do Matery dojechaliśmy w najgorętszym momencie dnia. Po zaparkowaniu (nawet bez trudu) nabyliśmy mapkę turystyczną miasta i ruszyliśmy w stronę Sassi. Najpierw Sassi Caveoso i kościół u wejścia do dzielnicy domostw wydrążonych w jaskiniach. Nie była to łatwa wędrówka, bo lipcowe słońce plus nieustające podejścia pod górę i z górki, schodki i pochyłości – wszystko to dawało męczącą mieszaninę.

Matera

Matera w 1993 roku została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Jej niezwykłość docenił też Mel Gibson, kręcąc tu sceny do „Pasji”. A ostatnio kręcono w Materze ujęcia do najnowszego Bonda!

Matera to miejsce niezwykłe i niegdyś nieco smutne. W Sassi ludzie żyli w domach wydrążonych w skale do lat 50. XX. wieku. To zaskakujące, ale ubóstwo włoskiego południa było znaczne i domy te w większości były wydrążonymi w skale korytarzami, z fasadami wejściowymi z przodu, bez wody, prądu i wygód. Rząd włoski dopiero po roku 1950 zaproponował społecznościom z Sassi przenosiny do wybudowanych dla nich domów i opuszczenie Sassi. Nie od razu się to udało. W chwili obecnej niektórzy mieszkają tu nadal, ale jest to raczej biznes niż smutna konieczność. Sporo tu sklepików dla turystów, hotelików, punktów widokowych, galerii artystycznych. Sasso Caveoso to najstarsza część, a romańska bryła katedry (rozkoszny chłód!) oddziela ją od Sasso Barisano.

Po Sassi wcale nie tak łątwo się wędruje nawet z mapą, bo mnogość uliczek, tarasików i schodków często nas myli, a poza tym domy czy kościoły niejednokrotnie  ulokowane są jeden nad drugim. Nie ma to jednak większego znaczenia, bo ważne, by w końcu zobaczyć jak najwięcej i poczuć klimat ponoć najdłużej zaludnionego miasta. Tym, czego nie obejrzeliśmy, a warto byłoby, są wydrążone w skałach małe kościółki, na przykład kościół San Pietro Barisano, kościół Santa Lucia delle Malve, czy Santa Maria de Idris .

Warto wspomnieć o dzwonnicy kościoła San Pietro, która góruje nad skalnymi domami, o kościele Św, Franciszka z Asyżu na Piazza San Francesco, o budynku ratusza na Piazza Sedile, a także o małym kościółku Św. Jana Chrzciciela już w nowszej części miasta.

Centrum miasta było wystrojone i pewnie wieczorem pięknie oświetlone, pełne różnych zabawnych i ciekawych instalacji. Jak przystało na europejską stolicę kultury!

Cmentarz w Casamassima

Pora na główny cel (a może pretekst?) naszej podróży do Apulii.

Dziadek mojej przyjaciółki Ani przywędrował z Andersem w okolice Bari i tu, już po wojnie, w 1946 roku zginął. Rodzina, na skutek poszukiwań, dowiedziała się tylko w latach sześćdziesiątych, że dziadek leży „gdzieś pod Bari”. A ponieważ w tych czasach dziadkiem od Andersa nie bardzo wypadało się głośno chwalić, a już na pewno nikt nie miał możliwości jechać za granicę, by odnaleźć grób, wiadomość ta po prostu pozostała w rodzinie. Dopiero kilka lat temu, w dobie Google, udało się Ani (a właściwie jej synowi) ustalić, że dziadek ma regularny grób na cmentarzu wojskowym w Casamassima koło Bari. Wyruszyliśmy więc! 

Za Casamassima kluczyliśmy nieco autostradowymi dojazdówkami, aż ukazał się naszym oczom drogowskaz Cimitero Militare Polacco. Wkrótce znaleźliśmy się przed ogromną, monumentalną bramą. Byłam zaskoczona jej rozmachem! Jak się okazało cmentarz – mimo, że w odosobnionym miejscu – miał pracowników, ewidencję i wkrótce zostaliśmy zaprowadzeni pod prosty, skromnie, ale starannie utrzymany grób. Biały i podobny jak wszystkie pozostałe.

Było to dla mnie wzruszające i niesamowite. Po 73 latach od śmierci tego człowieka, wnuczka, której nigdy nie znał, staje wraz z prawnukiem przed jego grobem. Przed mogiłą dziadka, którego zawieruchy dziejowe rzuciły w ten odległy kraniec Europy. Grób jest nienagannie utrzymany, jak i cały cmentarz. Białe krzyże, półksiężyce, gwiazdy Dawida i krzyże prawosławne połączyły w tym miejscu, tak dalekim od domu, tych Polaków, których wojna i historia tu przygnały. Na cmentarzu cywilnym pewnie próżno byłoby szukać grobu po tak długim czasie. 

Nie lubię patosu, ale mam ogromny podziw i szacunek dla Włochów, że z takim oddaniem pielęgnują na swej ziemi groby obcych żołnierzy, Nie jestem pewna, czy tak by to wyglądało w moim kraju, który przecież historii i martyrologii ma pełne usta.

Niezwykła historia, wzruszający dzień.

Lecce i Ostuni, białe miasta

Do Lecce jest ponad 120 km, trzeba więc wyjechać wcześnie, żeby ze wszystkim zdążyć. Rannymi ptaszkami za bardzo nie jesteśmy, ruszamy więc około ósmej w stronę Monopoli, by tam wjechać na SS16.

Droga przebiega dobrze, wreszcie można jechać ciut szybciej niż po włoskiej prowincji. Do miejsc parkingowych mamy szczęście, znów się udaje za free.

Lecce wita nas siedzibą uniwersytetu w starych, barokowych budynkach. Pijemy upragnioną kawę, znajdujemy kilka urokliwych bram i pasaży do zdjęć i ruszamy na zwiedzanie. O Lecce w wielu miejscach przeczytamy, że to „Florencja Południa”, natknęłam się też na określenia „Rzym w pigułce” oraz „najpiękniejsze miasto na południe od Rzymu”. Większość miejsc do zwiedzania to budowle sakralne. Możemy kupić w ufficcio di turismo bilet na zwiedzanie wnętrz najważniejszych miejsc w Lecce (9 euro osoba dorosła). Warto, sprawdziliśmy.

Centro storico miasta zachwyciło nas bielą i miodową barwą zabytkowej barokowej zabudowy, piękną architekturą kościołów, kamienic i pałaców. Warto pokluczyć po uliczkach głównej części miasta, by poczuć jego klimat. Trzeba zobaczyć dwa place w centrum ze wszystkim, co się na nich znajduje:

  • Piazza Sant’Oronzo to serce miasta; znajduje się na nim rzymski amfiteatr, a raczej pozostałości po nim, wraz z rzymską kolumną przytransportowaną tu ponoć z okolic Brindisi. Amfiteatr pochodzi z II, wieku przed naszą erą, podczas gdy miasto sławić się może swymi jeszcze starszymi początkami, z III. wieku p.n. e. W amfiteatrze mieścić się mogło niegdyś do 14 tysięcy widzów!
  • Piazza del Duomo (czyli plac katedralny) to spokojniejszy plac, na którym znajdziemy Duomo (Katedrę – niestety na zewnątrz właśnie remontowaną), a także dzwonnicę i seminarium.

Bazylika di Santa Croce z XVII wieku to jeden z najpiękniejszych kościołów Lecce. Obejrzymy ją w środku z naszym biletem. Ma bogatą fasadę, a wnętrze naprawdę dostojnie piękne. Na uwagę zasługuje też  Kościół Św. Ireny.

Ciekawostką i specjalnością Lecce jest cartapesta leccese. Podczas wędrówki po mieście natraficie niejednokrotnie na figury i figurki, niektóre nawet naturalnej wielkości człowieka, które miejscowi artyści czy rzemieślnicy wystawiają przed swoje warsztaty.

Niektóre sklepiki oferują tylko pojedyncze „części ciała”. Figury są zrobione z papieru! Apulia był to niegdyś biedny region. Wobec sporej ilości powstających kościołów, a także żłobków bożonarodzeniowych czy obchodów Święta Trzech Króli, rodziła się potrzeba tworzenia figur świętych. Zaczęto w szczególny sposób rzeźbić je z masy papierowej, natomiast twarze, dłonie czy stopy robiono im z gliny.

Lecce to piękne miasto, ciekawie położone (blisko morza), z zachwycającymi barokowymi budowlami. Przyjemność sprawia spacerowanie starymi uliczkami centrum. Nie przytłoczy was również ilość zwiedzających. To z pewnością perełka włoskiego baroku. Dla mnie jednak to jeszcze nie jest najważniejszy punkt tej podróży…

Do Ostuni zajechaliśmy ot, tak, w drodze powrotnej, nawet niemal bez specjalnego zbaczania z drogi. Leży w odległości ok. 75 km od Lecce na północ, w „naszą” stronę. Zrobiło się leniwe popołudnie, było gorąco. Niektórym z nas nawet nie chciało się już pokonywać trudów wspinania się na malownicze białe wzgórze, zwłaszcza, że parking był na dole. Ruszyliśmy w okrojonym składzie. Do Ostuni bowiem nie wjeżdża się samochodem, z wyjątkiem dostaw i bycia tubylcem.

Włosi, którzy podobno traktują Ostuni jako miasteczko eleganckie (świadczą o tym ceny!) i przyjeżdżają tu pięknie wystrojeni, wjeżdżają na górę tuk-tukiem!

My jednak ruszyliśmy per pedes. Sjesta dobiegała końca i rzeczywiście było nieco pustawo, a na pewno leniwie. Ostuni wyjątkowo  zasługiwało na miano białego miasta. Wąziutkie białe uliczki, z podporami, mnóstwo kwiatów i eleganckich sklepików z pamiątkami – wszystko to mogło zauroczyć. Co chwilę kolejny detal białych kamieniczek, kolejny pasaż czy kolejne drzwi wywoływały : Ach!

Szczyt wzniesienia zwieńczył dzieło! Doszliśmy do Duomo di Ostuni, katedry wybudowanej w XV. wieku, z niesamowitą rozetą. Katedra dała nam przede wszystkim wytchnienie po lipcowej wędrówce pod górę i dużo wrażeń estetycznych. A przed katedrą – miły placyk ze sklepikami i knajpkami, a dalej ozdobny łuk, Arco Scappa.

Nigdzie bardziej podczas tego wyjazdu nie smakowały mi lody i mały aperolek!

Warto w Ostuni obejrzeć jeszcze największy plac miasta, Piazza della Liberta, wraz z Palazzo Municipale, kościołem San Francesco i obeliskiem Sant’Oronzo. Warto na pewno zobaczyć jeszcze zachód słońca i pobyć tam nieco dłużej, niż nam się udało. Dlatego … chyba wrócę tu jeszcze!

Alberobello, miasto z pocztówki

Nie mogłam się już doczekać Alberobello, dla mnie było ono symbolem Apulii, który jakoś tak w mojej głowie przyjął kształt domku trullo.

Tym razem parkowanie odbyło się na płatnym parkingu, a i tak trzeba było ostro polować na miejsce. Tuż obok rozłożony był czwartkowy targ.

W okolicach, które od kilku dni oglądaliśmy, domki trulli pojawiały się już tu i ówdzie. Nawet tuż za ogrodzeniem naszego domu w Castellana Grotte stał jeden taki, nieco nadszarpnięty. Te budynki, często w kształcie kwadratu lub koła, były pokryte stożkowatym dachem, układanym z kamieni, ponoć bez spoiwa. Dachy mają często symboliczne znaki, a same domki są najczęściej bielone. Kiedyś, w XIV wieku takie domki nie były uznawane za budynki mieszkalne i nie było obowiązku płacenia za nie podatku. Biedna Apulia obrosła w tym regionie w takie „tymczasowe” domki, które okazały się niebywale trwałe.

Zresztą – to koniecznie trzeba obejrzeć na zdjęciach, żeby nie przegadać!

Alberobello to największe nagromadzenie bajkowych domków trulli i dzięki temu miejsce wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. To cale miasteczko, gdzie w domku trulli możesz wszystko:  znaleźć nocleg, zjeść, kupić pamiątki, zwiedzić. Nawet kościół (Chiesa San Antonio) przypomina duży domek trulli. Polecam wchodzić na wewnętrzne tarasiki, podwóreczka, czasem nawet właściciele sklepiku oferują wyjścia na dachowy taras z fantastycznym widokiem na dachy Alberobello. Skorzystaliśmy, zdjęcia wyjątkowe.

W Alberobello są tłumy. Myślę że składają się z takich jak ja, którzy uważają, że domki trulli to must see. No, taka jest prawda… Powoduje to natomiast tłok i zawyżone ceny wszystkiego. Do Alberobello przyjeżdża rocznie około 1 miliona turystów! Do jedzenia trudno się dopchać, więc po długim, mocno słonecznym spacerze i skonsumowaniu granity, wyruszyliśmy do Locorotondo.

W Locorotondo, oddalonym o około 11 km przez gaje oliwne i górującym nad nimi, zaczęliśmy od obejrzenia parku), skąd roztaczała się panorama na okolicę. Chyba widok z tych właśnie parkowych tarasów zdecydował o tym, że nazywają Locorotondo Balkonem Valle d’Itria.

Miasteczko znalazło się na prestiżowej dla turystyki liście Borghi più belli d’Italia, czyli najpiękniejszych małych miasteczek Włoch

Potem konieczne było jedzenie. W restauracyjce na malutkim placu przystąpiliśmy do nasączenia się, potem zjedzenia późno lunchowych przegryzek (focaccie, panzerotti, panini etc)

Locorotondo (dosłownie: okrągłe miejsce) było sielskim odpoczynkiem po zwiedzaniu Alberobello – spokojne, białe, nieco chłodniejsze i niezadeptane. Kręciliśmy się po labiryntach uliczek, nie starając się zapamiętać ich nazw. Dominowała biel, na każdym niemal kroku cieszyły oko ciekawe detale na murach, schodki, donice z pięknie zadbanymi kwiatami, łukowate podpory, bramy i odrzwia, małe artystyczne butiki i warsztaty lokalnych twórców.

Dotarliśmy do niewielkiego placu, by obejrzeć tam jeden z lokalnych kościołów (jest ich kilka). Warto też odnaleźć bramę Porta Napoli. 

Dowiedziałam się, że tym, co również warto, jest trafić na miejscowy targ, ale w tym celu trzeba tu przyjechać w piątek przed południem. Targ oferuje mnóstwo lokalnych produktów – owoce, warzywa, sery, szynkę, migdały. Koniecznie też trzeba skosztować lokalnego białego wina!

W Locorotondo, oprócz tego, że pięknie, jest po prostu sielsko i przyjemnie.

W drodze z Locorotondo do Martina Franca zahaczyliśmy o Di Marco, miejscową wytwórnię lokalnych win. Oprócz godniejszych butelek wina, nabyliśmy tam też za 9 euro 5-litrowy baniaczek z czerwonym winem. Nie mieliśmy wielkich złudzeń co do niego, chodziło nam o stołowy bukłaczek, tymczasem okazało się to bardzo przyzwoitym napojem biesiadnym. Polecamy i chwalimy.

Bari, miasto świętego Mikołaja

Na obejrzenie Bari zarezerwowaliśmy sobie w końcówce pobytu jeden cały dzień, jednego połówkę i jeszcze jeden poranek. Zmieniliśmy locum i oddaliśmy samochód. Duże miasto – pora przerzucić się na komunikację miejską!

Przyjechaliśmy do Bari w dwóch turach i namierzyliśmy wynajęte przez Booking mieszkanie na ulicy Domenico Nicolai. W tym momencie pożałowaliśmy okrutnie naszego uroczego domu w Castellana. Standard nam się znacząco pogorszył. Pomijam fakt niezbyt ciekawej okolicy (głośna pijalnia piwa w bramie na dole) i okrutnie odrapanej kamienicy. Jedno było mocno problematyczne: mieszkanie (2 małe sypialnie, łazienka i kuchnia) nie miało ani jednego okna wychodzącego na zewnątrz! No, coż… low cost! Nasza wina, zawsze jest coś za coś.

Naszą najbliższą stacją metra było Quintino Sella, od Bari Centrale (dworca głównego) byliśmy oddaleni o około 1,5 km. Spacery to podstawa. Koło dworca minęliśmy okazały Piazza Aldo Moro i ruszyliśmy w stronę Starego Miasta. Najpierw podziwialiśmy palmy w Giardini Umberto I, potem na Via Nicolo Putignani oglądaliśmy trochę eleganckich sklepów. Zwracam uwagę , by obejrzeć Palazzo Mincuzzi, niezwykle okazałą, wysoką kamienicę (na dole sklep Bennetona). 

Via Putignani doprowadziła nas pod sam Teatro Petruzzelli, na Corso Cavour. Teatr – duży klasycystyczny pomarańczowy (a może rudy?) budynek – widać już z daleka. To czwarty co do wielkości teatr Włoch i największy tego typu obiekt w Apulii. Ukończony w końcówce XIX wieku,  działalność artystyczną rozpoczął w 1903 roku. W latach 80. XX. wieku teatr był jedną z najważniejszych scen nie tylko we Włoszech, ale i w Europie, goszcząc wielu znakomitych muzyków i solistów oraz grupy baletowe. Po pożarze z 1991 roku był długo rekonstruowany, ale zrobiono to całkowicie za pieniądze zebrane przez mieszkańców miasta i od 2009 znów cieszy miłośników sztuki.

Idąc w lewo od teatru wkrótce dojdziemy Museo Teatro Marguerita, później do Piazza Ferrarese, a stamtąd już zaczyna się piękny spacerowo i widokowo kawałek Bari. Powędrujemy wzdłuż morza, promenadą, później po murach i tak oto dojdziemy do celu – starej części miasta czyli do Bari Vecchia. A tam … Wąskie uliczki z łukowatymi podporami, tradycyjnie suszące się pranie, małe placyki pełne i turystów i tubylców, panie robiący na zewnątrz domowy makaron, tzw, orecchiette baresi (coś na kształt uszek), starsi panowie dyskutujący lub popijający, mnogość ołtarzyków, figur świętych i obrazów na ścianach domów, słowem – klimat właściwy tylko Bari.

cof
cof

Od czasu do czasu rozgania tę sielankę przejeżdżający skuter. Z ciekawostek – udało nam się skosztować le sgaliozze czyli smażonych w głębokim tłuszczu pociętych kawałków kaszki kukurydzianej (polenty). Ciekawe odkrycie! Zjedliśmy sgaliozze poza murami, bo w miejscu najbardziej znanym było akurat zamknięte.

oznor

Z miejsc większej wagi, trzeba wymienić Bazylikę San Nicola (Św. Mikołaja) jeden z najcenniejszych zabytków architektury romańskiej we Włoszech, który jest celem pielgrzymek  zarówno katolickich, jak i prawosławnych wiernych.

cof

Naprawdę obi wrażenie. Skąd w Bari święty Mikołąj? W XI wieku grupa śmiałków z Bari popłynęła do Turcji, do Miry. W obawie ,że relikwie świętego Mikołaja zostaną przez Turków zbezczeszczone, wykradziono je i przywieziono okrętami do Bari. Właśnie na pamiątkę tego ocalenia, 9 maja obchodzi się uroczyście święto tego patrona. W Bazylice San Nicola znajduje się również  grobowiec Bony Sforza, naszej królowej Bony (mnie się nie udało go znaleźć…). Na starym mieście warto także odwiedzić katedrę San Sabino, przykład architektury romańskiej oraz surowy i wyniosły Zamek (Castello).

Drugiego dnia rankiem odkryliśmy z Piotrem coś fenomenalnego! O parę kroków od naszego mieszkania znaleźliśmy targ – ale jaki! Ogromne, stare hale targowe, widać, że już nie w okresie swej największej świetności, niemniej i tak nas zachwyciły. Stoiska z kilkunastoma odmianami samych pomidorów, rozmaitość owoców i warzyw (niektórych nie potrafiłabym nazwać), suszone pomidory, sery (miękka i twarda mozzarella, cacciacavallo, provolone i wiele innych), I wreszcie – ryby i owoce morza.

Za naprawdę niewielkie pieniądze można było kupić produkty na coś pysznego. Żałowałam ogromnie, że lecimy z małym bagażem, ale i tak nie odmówiłam sobie serów i sporej ilości tych suszonych w południowym słońcu pomidorów. Także na prezenty. Targ (Mercato Coperto) znajduje się przy ulicy Domenico Nicolai, za skrzyżowaniem z ulicą Pietro Ravanas

Bari to miasto, które oprócz urokliwej starówki, plaż i pięknych miejsc spacerowych, ma też problemy XXI. wieku. Sporo starych, niegdyś przepięknych kamienic, to naprawdę mocno zniszczone i wymagające remontu budynki. Niektóre dzielnice, nawet niedaleko centrum, zdegradowały się i można by je prawie nazwać slumsami. Bari to port i z tej przyczyny miasto stało się buforem sporych grup emigrantów, którzy w ostatniej dekadzie masowo przybywali do Włoch. To obserwacje turystki, pewnie problemów jest więcej, niż widziałam gołym okiem. Ale i tak w Bari mi się podobało!

Kilka refleksji na temat plaż w Apulii

Zaznaczam, że refleksje są MOJE i że dotyczą tylko niedużego kawałka Apulii, to jest okolic na południe od Bari do wysokości Ostuni. Nie byliśmy na Półwyspie Gargano, który ponoć plażami stoi, ani w Torre Guaceto.

[1] Plaża Lama Monachile w Polignano – pisałam o niej wcześniej; jest pięknie położona, otoczona z 2 stron klifami i wygląda niezwykle malowniczo. Najpiękniej prezentuje się z góry. Czar jej nieco prysnął, gdy postanowiliśmy poplażować. Ogromnie tłoczno. Leżaki nie do zdobycia. Kamienie wielkości połowy pięści uniemożliwiają leżenie nawet na karimacie. Wycofaliśmy się.

[2] Cala Incine (przy Torre Incine) koło Polignano – zatoczka z miejscem na kąpiel i plażowanie przy wieży Torre Incine. Ma kawałek utwardzonej, wiszącej „półki” do leżakowania i trochę kamienistego terenu z zejściem do wody. Raczej w butach do wody.

[3] Spiaggia San Vito, odrobinę na północ od Polignano. Dało się dojechać i zaparkować autem. Mały porcik z opactwem benedyktyńskim w tle (Abazia San Vito), naprawdę bardzo widokowo, sporo łódek. Brzeg ze skał pumeksowych, utworzone jakby małe baseniki porozdzielane skałkami. Spędziliśmy tam część popołudnia. Kąpiel możliwa, jeśli mamy buty do wody. Ja wykorzystałam tenisówki..

[4] Lido Morelli – plaża typu lido, a więc piaszczysta, z pełną infrastrukturą, co ma swoje plusy i minusy. Znajduje się na wysokości Ostuni. Parking zadaszony przed słońcem, dobre zejście do wody, piaszczysty brzeg. Byliśmy tam późnym popołudniem, a więc plusy zdominowały, bo było niewiele ludzi.

[5] Plaże Lido Le Macchie i Lido Marina Grande – na południe od Capitolo. To typowe włoskie plaże z leżakami i parasolami do wypożyczenia (przeciętnie po 7 euro za sztukę), całkowicie zorganizowane, parasole pod linijkę i raczej ciasno. Odradzam w weekendy. Parkingi płatne. Można było wypożyczyć sprzęt pływający (np. paddle), a także coś zjeść, ale wejście do wody nieprzyjemne z powodu glonów.

Generalnie do Apulii nie pojechaliśmy dla plaż. Gdyby tak było, to już przy drugiej z nich powinnam zakrzyknąć „Co ja tu robię?! Chcę na Wybrzeże Słowińskie, czym prędzej! Do moich szerokich, białych, piaszczystych plaż bez ludzi!” Wiadomo jednak, że tam jest zimny Bałtyk i mało słońca, a tu…

Kilka refleksji na temat jazdy samochodem po włoskim południu 

Te uwagi wygłosił mi po podróży nasz driver, czyli Piotr. To subiektywne spostrzeżenia.

  1. Jeśli nie jedziesz drogą co najmniej dwupasmową (najczęściej SS, strada stattale) masz ograniczenia prędkości do 50 lub 70 km/h. Nawigacja, której wrzucasz zadanie, może równie dobrze poprowadzić cię utwardzoną drogą pomiędzy polami lub gajami oliwnymi, jak i ważną drogą lokalną. Nie złość się na te gaje oliwne, to bardzo piękne widoki, chyba że akurat okala je wysoki mur.
  2. Nie pakuj się bez istotnej potrzeby do centrum małych miasteczek.
  3. W miasteczkach południa bywa, że stan faktyczny różni się całkowicie od wskazań nawigacji. Ona ci mówi „skręć”, a ty masz zakaz wjazdu. Nie jest to częste, ale się zdarza.
  4. Na południu parkowanie nie jest wielkim wyzwaniem, choć byliśmy w sezonie. Z parkingów płatnych korzystaliśmy tylko w Alberobello, raz w Polignano i przy plażach typu lido . Pamiętać należy jednak, że niebieska linia – parking płatny (szukaj parkometru!), żółta – parking dla niepełnosprawnych, zarezerwowany lub wykupiony, biała – możesz parkować, niepłatne (czasem obowiązuje to tylko czasowo, warto doczytać), różowa – dla kobiet ciężarnych i z małymi dziećmi. Generalnie należy wykazać czujność na wszystko poza białą linią

    Komentarzy - 6

  1. Dzięki blogowi Grażyny odświeżyłam sobie naszą wyprawę. To ja namawiałam moich przyjaciół na wyjazd do Apulii, aby odwiedzić grób dziadka, znanego mi tylko z fotografii i wspomnień babci i mamy. Chciałam dopisać informację o lokalizacji grobu królowej Bony w bazylice św. Mikołaja. Jest W pierwszej chwili niewidoczny, gdyż znajduje się za głównym ołtarzem, który go zasłania. Trzeba podejść nawą boczną i zajrzeć za ołtarz, wtedy ukaże się okazała rzeźbiarska kompozycja. Natomiast w katedrze w Bari – Santa Maria Assunta (druga nazwa to San Sabino) jest na podłodze w nawie głównej kolorowa rozeta z różnych gatunków marmuru. Pierwszego dnia lata promienie słoneczne wpadające przez rozetę nad wejściem do katedry pokrywają się dokładnie z kształtem rozety na podłodze. W podziemiach katedry znajduje się jeszcze ikona Madonna Odegitria, której autorstwo przypisywano św. Łukaszowi. Legenda piękna, ale obraz z XV w.

  2. Aż chce się wszystko rzucić i ruszyć Twoim szlakiem😀 piękne zdjęcia i super szczegółowe informacje. Polecaj, inspiruj i zachęcaj👌

  3. Ania wie mnóstwo rzeczy! Zawsze mi się to podobało. Rzeczywiście Apulia to był wyjazd z jej natchnienia. I zapewne jeszcze jakieś wspólne będą. Hawk!

  4. Moja Mama to też Grażyna i ja tam nie widzę w tym imieniu obciachu 🙂 nie ważne, przejdźmy do rzeczy 😀
    Podczas mojej wycieczki niestety nie dotarłem do Matery… i teraz się zastanawiam… czy to miasto jest porównywalne z Ostuni? Czy jest totalnie inne od niego? Pytam, bo Matera to w sumie już nie Apulia, dlatego może uda mi się je zobaczyć podczas wycieczki do innej części Włoch 😉

    1. Matera jest całkiem inna niż Ostuni – Ostuni jest białe i urokliwe,można by rzec eleganckie. Matera kryje ogrom domostw i kościołów podziemnych, jest majestatyczna i szara, ale trochę smutna przez swoją historię. Jedyne podobieństwo to położenie na wzgórzu. Matera to większe miasto, ale zwiedza się głównie Sassi. Jechać zawsze warto, zresztą to lista światowego dziedzictwa. Polecam! (tylko najlepiej nie latem…)

  5. Bardzo dobre zdjęcia. Każdy rejon Włoch wart jest zobaczenia. Znam tylko część północną tego wspaniałego kraju, czas na południe. Tymczasem trzymam kciuki za Włochów, żeby jak najszybciej uporali się z koronawirusem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.