Zaciekawienia

O lataniu. Co warto i trzeba wiedzieć, nim polecisz?

Jestem tuż, tuż przed moim setnym lotem! Wkrótce pijemy szampana!

To skłoniło mnie do paru spostrzeżeń o lataniu.

Czy w obecnym świecie da się żyć bez latania samolotami?

Da się. Ale żyje się znacznie mniej kolorowo. Miałam kilku znajomych, którzy długo przekonywali, że oni nie latają i latać nie będą, bo lęk, bo blokada, bo nie mogą, bo…. sama nie wiem, co jeszcze. Do czasu. Trzeba sobie otwarcie powiedzieć: albo obejrzysz kawałek tego świata z jego niezwykłościami i pięknem, albo będziesz siedzieć na czterech literach i pielęgnować swoje lęki.

Za ile…?

W ostatnich latach podróżowanie samolotem przestało być wyzwaniem finansowym, mało tego, tanie linie sprawiły, że czasem taniej jest polecieć niż jechać samochodem czy pociągiem. Pamiętam, jak nasza starsza córka na uczczenie swojej świeżej pełnoletniości zaplanowała sobie (bardzo precyzyjnie zresztą) z koleżanką wycieczkę do Sztokholmu. Wtedy moja teściowa, usłyszawszy cenę biletu stwierdziła: „Mój Boże, toż ja tyle w jedną stronę płacę do was za bilet pociągiem intercity!” A podróż autem w odległe zakątki Europy, to już teraz jedynie hobby dla miłośników odgniecenia siedzenia, umęczenia się, wydania sporo na benzynę (więcej niż na 2 bilety lotnicze!) i jedynym wytłumaczeniem może być tylko … miłość do podróżowania samochodem! Czasem ją rozumiem.

Oczywiście, cena zależy od przewoźnika. Tanie linie rozbestwiły nas nieco, latanie rejsowymi liniami z dużymi przewoźnikami to już trochę większy wydatek. Ale też i inny standard obsługi pasażerów.

Tak naprawdę nie udało mi się nigdy kupić biletu za jakąś powalająco niską cenę, jakie czasem widzę w reklamach. Albo jestem gapowata, albo… to tylko reklamy. Czytałam sporo o łowcach okazji typu LONDYN ZA 39 PLN, czy PARYŻ OD 59 PLN. Zazdroszczę i podziwiam. To z pewnością dlatego, że zawsze szukałam lotów w terminach, kiedy JA mogłam lecieć i które MNIE pasowały. MNIE, a nie przewoźnikowi, więc nigdy nie zostałam mistrzem dobrej ceny w lataniu. Myślę jednak, że około 220 zł za Sztokholm (w tę i z powrotem), czy 400 zł za Madryt, to już były ceny godziwe z punktu widzenia pasażera.

Na lotnisku CDG w Paryżu, naszym najczęstszym, jak dotąd, miejscu przesiadkowym
Na CDG Paris , miejsce relaksu

7 x naj

  1. Moim największym lękiem był nasz pierwszy lot po zamachu na WTC (i w ogóle jeden z pierwszych); lot do Antalyi w 2002 roku. Był to jednocześnie czas po drastycznych obostrzeniach związanych z zagrożeniem terrorystycznym i bezpieczeństwem w ruchu lotniczym: z kontrolami, prześwietlaniem i całą tą otoczką security (choć jeszcze wtedy wolno było wnosić picie przez kontrolę). Byłam autentycznie przestraszona i blada ze strachu. Ale podróż na wakacje była warta tej ceny!
  2. Największe pozytywne OCH! lotniskowe to było dla mnie paryskie CDG (Aéroport Charles de Gaulle à Paris). Wylądowaliśmy tam po raz pierwszy w 2009 roku i mieliśmy się przesiadać. Gdybym nie mówiła sprawnie po francusku, to położyłabym to na karb niezrozumienia, a tak miałam się już uznać za niepełnosprytną umysłowo. Próbowałam się dopytać, gdzie jest główna hala odlotów, a każdy zaczepiony pracownik pytał mnie zaraz o numer terminala odlotu. Po co im terminal!? Chcę sobie sprawdzić, skąd i o której mamy samolot! Wreszcie ktoś nas odeskortował do autobusu, takiego wahadła (navette), który nas około 15 minut wiózł – całych zdziwionych – pod nasz terminal odlotu. Nie wiedziałam wtedy, że CDG ma chyba 8 terminali, z których każdy jest wielkości naszego Okęcia, a niektóre są od siebie na tyle oddalone, że trzeba przejechać autobusem. Sam wygląd docelowego terminala i jego rozmach wprawiły mnie w kolejne OCH! (I to podobno myśmy nauczyli Francuzów jeść widelcem, hmm….)
  3. Największym negatywnym OOOCH! lotniskowym okazał się dla mnie Bombaj (Mumbai). Do tej pory mam lekkie ciarki, jak sobie przypomnę, co tam się działo. Port lotniczy jest wielki. Przylecieliśmy krajowymi liniami z Goa, a mimo to tak nas „przetrzepano”, jakbyśmy co najmniej z Kolumbii wracali. Ilość pracowników kontroli była niewyobrażalnie duża. Trwało to długo, ale mieliśmy chyba 5 godzin przerwy przed lotem do Monachium, a więc – luzik! Już się zastanawiałam, co my tam będziemy tak długo robić, tymczasem… ledwie zdążyliśmy przejść wszystkie procedury. Solidnie skontrolowani, myśleliśmy, że mamy już po części załatwione security przed lotem międzynarodowym. Skierowano nas po wszystkim do autobusu, który wysadził nas… przed wejściem do international airport, ale – dostać do niego się nie dało, bo był opleciony tajemniczą kolejką do wejścia i nieprzebranymi gromadami żebraków! Po rekonesansie ustawiliśmy się w tej kolejce, czekając długo na kontrolę (czas topniał), która miała pozwolić nam przebyć magiczną barierę do środka portu lotniczego. Kolejka, w większości cudzoziemcy, była oblegana przez grupy Hindusów żebrzących, proszących lub oferujących swoje najprzeróżniejsze usługi. Kiedy już wreszcie znaleźliśmy się w środku i gdy zobaczyłam stanowisko odpraw z napisem Lufthansa, miałam ochotę ucałować każdą jego literkę! Innym razem, moja córka (ładna rudawa blondynka z dość jasną karnacją), odlatując samotnie z Bombaju, została tak zagadana przez obsługującego odprawę bagażu Hindusa, że ten w roztargnieniu nie okleił jej bagażu, ale nie omieszkał uruchomić taśmy i odesłać go w siną dal. Co to się działo! Bezpański nieopisany bagaż to wręcz zagrożenie terrorystyczne, więc uruchomiono pół lotniska! Musiała z obstawą czekać na płycie lotniska na rozpoznanie plecaka, inaczej by pewnie nie poleciała.
  4. Najmocniejsze wrażenie zrobił na mnie lot do Mexico; nasz pierwszy transatlantycki lot z przesiadką, na daleki dystans i z tak dużą zmianą czasu. Już sama trasa przelotu była fascynująca. Z Paryża samolot leciał nad Grenlandię, a dopiero potem kierował się na południe i wzdłuż wschodniego wybrzeża Ameryki Północnej schodził, by wylądować pomiędzy kraterami wulkanów w Mexico. Do tamtego momentu wydawało mi się, że samoloty latają w linii prostej lub prawie prostej. Z Warszawy wylecieliśmy o 7 rano, było już widno. Nie przestawiłam zegarka. Lecieliśmy cały czas w pełnym słońcu, choć na moim zegarku była już 1.30 w nocy!
  5. Najbardziej „wypasione” linie lotnicze, jeśli idzie i udogodnienia i obsługę pasażera oraz komfort samolotów, to Emirates Airline. Odbyłam z nimi 4 loty: z Warszawy do Taipei z przesiadką w Dubai International Airport i z powrotem.
  6. Największe opóźnienie w lataniu zaliczyliśmy też z Paryżem i Meksykiem w roli głównej. Wynosiło ono … 1 dzień! Z powodu wichury i ulewy, tuż po naszym wylądowaniu z Meksyku na CDG Paris, lotnisko zostało zamknięte na prawie dobę! Mieliśmy odlatywać do Warszawy, a tymczasem wszystkie samoloty powoli znikały z tablic świetlnych. Na szczęście noc spędziliśmy w hotelu, gdzie umieścił nas Air France. Konieczne było przedłużenie urlopu. Szkoda, że wtedy nie było jeszcze odszkodowań za opóźnione loty…
  7. Największe zadziwienie, które przełożyło się na sporo nerwów, spotkało nas w 2014 roku na lotnisku w Mombasie, w Kenii. Wracaliśmy już z naszego wypoczynku i czekaliśmy na odprawę. Jak to z czarterami bywa, kolejka do odprawy była długa, więc staliśmy cierpliwie. Jednak po pewnym czasie stwierdziliśmy, że tłumek oczekujących nie maleje, mało tego, zaczyna się nieco denerwować. Podeszłam do „lady” i zaniemówiłam: panie z personelu lotniska RĘCZNIE wypisują karty pokładowe i skreślają sobie miejsca na takim skserowanym świstku, przekazując go sobie co chwilę, bo był jeden. Rzuciłam znajomym, że jeśli one się w tym nie pomylą i nie narobią bałaganu, to będzie cud. I oczywiście – proroctwo! Przy wsiadaniu do samolotu okazało się, że brakuje miejsc dla kilku osób. Po prostu się zdublowały! W tym – dla nas! Kiedy zaczęliśmy razem z innymi dochodzić swoich racji, obsługa lotniska momentalnie spoważniała, usztywniła się i … przeszła na suahili! Przestało być zabawnie. Ktoś wreszcie stwierdził, że przecież tych miejsc na pewno jest tyle, co ludzi, tylko kwestia numerków. Po negocjacjach wpuścili nas do samolotu. Miejsca dało się znaleźć.  Do tej pory mam tamtą kartę pokładową z ledwie rozpoznawalnym nazwiskiem!

Rady, sugestie, podpowiedzi

Nie będę zamieszczać tu, co trzeba wiedzieć, co zabrać, a czego nie wolno i jak się spakować, bo ci, co latają częściej, wykpiliby mnie. Takich rad, to udzielałam swoim uczniom i koleżankom, gdy weszliśmy w Erasmusa i kawałek świata się przed nami otworzył. O tym wszystkim przeczytacie na lotnisku przed security.

Chcę tylko sprzedać parę moich własnych spostrzeżeń, wynikających z różnych doświadczeń.

  • Kochane panie, nie za dużo biżuterii, bo będziecie piszczeć na bramkach. One są ustawione na określoną ilość metalu na człowieku, a zdejmowanie pierścieni i kolczyków może potem skończyć się zagubieniem (na przekład jak nie zostanie zatrzymana taśma i te plastikowe kasty „staną dęba”)
  • Nie przejmujcie się i nie denerwujcie, jeśli musicie być poddani kontroli, bo bramka coś wykazała. To standardowa procedura, czasem piszczy nawet na fiszbiny biustonosza lub ekspres w dżinsach. Spokojnie trzeba poddać się sprawdzeniu przez pracownika. Panie skontroluje kobieta.
  • Zdarzają się kontrole chemiczne (tak to nazywam), kiedy jakiś związek chemiczny na waszych dłoniach czy bagażu wywoła alarm. Mojemu mężowi zdarza się to nierzadko, ale to też standardowa kontrola
  • Uważajcie na bagaż podręczny waszych dzieciaków – one czasem lubią coś nieświadomie „przemycić”, na przykład nożyczki, nożyk itp.
  • Jest parę słówek po angielsku, których nie sposób nie znać i pominąć na lotnisku, nawet, jeśli dbamy o czystość języka polskiego, Zapamiętaj więc: check-in (odprawa na lotnisku; wydanie karty pokładowej i odprawa bagażu rejestrowanego), gate (bramka, wyjście z lotniska do samolotu), security (elektroniczna kontrola pasażerów i bagażu podręcznego), boarding (odprawa pasażerów w momencie wsiadania na pokład), boardig pass (karta pokładowa, bilet)
  • W samolocie są miejsca dobre i lepsze, wszystko zależy, co kto lubi. Miejsca przydzielane są przy odprawie (check-in) bądź już w momencie rezerwacji. Kiedyś wydawało mi się, że najlepsze są te przy oknie, ale od kilku lat całkowicie zrewidowałam ten pogląd. Teraz już tylko i wyłącznie przy przejściu. Polecam te miejsca dla osób, które lubią wolność i chcą móc w dowolnym momencie wstać czy przejść się.(Bo spróbujcie to zrobić siedząc za rozłożystym panem, który głęboko zasnął!) Nigdy nie podróżowałam, niestety, inną klasą, niż economy, a tam ciasno…
  • Najczęstszy układ miejsc w samolocie to 3 – 3 (np. w najpopularniejszych Boeingach 737 czy Airbusach A320). W małych embraerach czy bombardierach to 2 – 2 , a w szerokokadłubowych (tych na dalsze dystanse) to 3 – 3 – 3 lub 3 – 4 – 3 (kreska oznacza przejście)
  • Nawet jeśli ta rada zabrzmi jak od Typowej Grażyny (a nie Grażyny bez obciachu), to lecąc na niezbyt długie dystanse, zabierzcie sobie własną kanapkę czy owoce (jeśli tylko są takie logistyczne możliwości). Zawsze uważam, że moja własna kanapka jest lepsza niż wymęczona bułka pokładowa, za którą trzeba zapłacić minimum 25 zł. Zupełnie co innego przy dłuższych lotach, gdzie otrzymamy i jedzenie i picie i przy lotach pozaeuropejskich. Poza Europę (i odwrotnie) zasadniczo nie można wywozić żywności.
  • Musisz mieć ze sobą małą butelkę wody. Przyda się przy lądowaniu, gdy trzeba intensywnie przełykać (czyli najlepiej popijać) dla odetkania uszu
  • Do bagażu podręcznego zabierz na wszelki wypadek jeden T-shirt, majtki na zmianę i szczoteczkę do zębów tudzież jakieś miniaturki podstawowych kosmetyków; zwłaszcza lecąc DO celu naszej podróży, a nie Z (czyli do domu). Zagubienie bagażu głównego się zdarza, a nawet jeśli on nas w końcu znajduje, to mija już co najmniej doba. Uwierzcie, w dżinsach, bluzie i pełnych butach nie jest fajnie przy 28 stopniach (doświadczyłam w 101. locie, dlatego edytuję)!
  • Mam zasadę – bez względu na temperaturę na zewnątrz, do samolotu biorę długie spodnie i bluzę (choćby ze sobą). Nierzadko obsługa lubi ustawić takie zamrażanie pasażerów, że przy upałach na zewnątrz i stosownym do nich stroju – brrrr! wychłodzenie gotowe!
  • Dzieci w samolocie… Jako turystka 50+ ceniąca swój komfort, zalecę: trzymać się jak najdalej! Niemniej dzieci są, by je kochać, a więc czasem też przewieźć samolotem. Moje obserwacje wskazują, że bardzo dużo zależy od dorosłego towarzysza dziecka. Trzeba je zająć i poświęcić mu uwagę, bo w samolocie dziecku jest chyba cholernie nudno…
  • Alkohol w samolocie– hmmm, dużo by opowiadać, co się widziało! Jak wszędzie – trochę winka, koniaku, czy czegokolwiek dla kurażu nie zaszkodzi. Pamiętajcie jednak turyści z szacowniejszym peselem (i nie tylko), że ciśnieniu i krążeniu to niestety nie sprzyja, a już sam lot jest obciążeniem.

Lotnisko i samolot to już część naszej podróży, niezmiernie ważna część i już sama w sobie może być przygodą. Dobrych lotów więc!

W Sajgonie, czyli Ho Chi Minh City

    Komentarzy - 7

  1. Pierwsza podróż samolotem z dzieckiem przed nami, zobaczymy jak to będzie!
    super wpis 🙂

    1. Mam nadzieję, że będzie dobrze. Chętnie bym potowarzyszyła i potrzymała wnuczka za łapkę, ale … musicie się sami spróbować!

  2. Bardzo dziękuję za ten wpis 😀😀. Jest szansa że niedługo te rady mi się przydadzą. Oby.

  3. Dziękuję pani za te rady oraz świetny wpis! Bardzo przyjemnie czyta się bloga, widać w Pani pasję i radość życia. Oby tak dalej i czekam na więcej!

    1. Dzięki! Jeśli choć trochę swojego apetytu na życie przekażę dalej, to tylko radość. Dobrych lotów, jak już będzie można!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.