W podróży

Wszyscy jeżdżą na Zanzibar

Przeczytałam gdzieś ostatnio, chyba wczesną wiosną, że wszyscy mają już głęboko DOŚĆ czytania o tym, kto wyjechał w tym roku na Zanzibar i oglądania zdjęć celebrytów z jego rajskich plaż. Celebrytą nie jestem, więc może nie będę taka wkurzająca…? A Zanzibar to naprawdę przepiękny kawałek świata, ale tylko miejscami. Zanzibar ma kilka twarzy, a jego wizytówką staje się zwykle biała plaża z turkusową wodą. Dla tych plaż i przyjaznej temperatury (w telefonie wyświetlało mi co dzień 30 lub 31) większość tam przyjeżdża, taka jest prawda!

Zaciekawienie Zanzibarem nie zrodziło mi się tej zimy w pandemii, ale to właśnie wszechobecne obostrzenia i niemożność wyjechania gdzie indziej pchnęły nas tam w tym właśnie momencie. Zaocznie zakochałam się w Zanzibarze dobrą dekadę temu, gdy przeczytałam książkę “Dom na Zanzibarze” Doroty Katende, Polki, która po wielu zawirowaniach losu osiadła na Zanzibarze i założyła tam pensjonat. Co prawda nie udało nam się dotrzeć do Jambiani, żeby go zobaczyć, ale … może to nie był nasz ostatni raz na Zanzi?

Trochę konkretów

Powierzchnia wyspy wynosi 1658 km², co czyni ją największą wyspą Tanzanii. Nie zmienia to faktu, że trudno będzie nam dostrzec ją na mapie świata, chyba, że jako maleńki punkcik. Dla porównania – jest to powierzchnia dużego powiatu w Polsce, na przykład augustowskiego czy płockiego (lub 2-krotnie wzięty powiat kutnowski). Największym miastem na wyspie jest Zanzibar lub Zanzibar City, zwane też Stone Town (jego zabytkowa część). Miasto liczy prawie pół miliona mieszkańców.

Zanzibar ma mocno bogatą i zróżnicowaną historię: w średniowieczu uległ kolonizacji perskiej i arabskiej, będąc pod silnym wpływem kultury Suahili. Aż do XVI wieku, wraz z pobliską wyspą Pemba, należał do sułtanatu. Właśnie w XVI wieku wyspę opanowała Portugalia, której władanie w tym regionie trwało 2 wieki! A następnie – przeszła pod rządy sułtanów Omanu. Prawdziwy przekładaniec! Od połowy XIX wieku Zanzibar, oderwany od Omanu, bardzo rozkwitł i napłynęło wielu hinduskich kupców, a także Brytyjczycy, Niemcy i Francuzi. Wyspa znalazła się pod protektoratem brytyjskim. W 1963 roku odzyskała niepodległość, by w 1964 roku zjednoczyć się z brytyjską wcześniej Tanganiką (obecnie Tanzania lądowa) w jedno państwo, TANZANIĘ. Bogata historia! Na Zanzibarze widać więc wpływy: perskie, indyjskie, portugalskie, omańskie, brytyjskie. Widać je w kulturze, religii, architekturze i – oczywiście – w kuchni.

Rozmaite wpływy kreowały to miejsce, jednak jedno jest niezmienne – na Zanzibarze króluje islam (podczas gdy w pozostałej części Tanzanii przeważa katolicyzm). Ja to określiłam jako “kolorowy islam” – tutejsze muzułmanki są barwne i bajecznie kolorowe jak kwiaty. I na ogół nie przysłaniają twarzy. Są feerią barw. Rzadko zdarzają się całe czarne i pozasłaniane panie. Niestety, dziewczynki chodzące do szkoły także noszą chusty, nawet jeśli są całkiem nieduże. Najczęściej są ubrane w białe chusty i granatowe stroje (w Tanzanii specjalne mundurki szkolne są bardzo wyraźne i obowiązujące).

Zanzibar – pierwsze (i kolejne) wrażenie

Przylecieliśmy na Zanzibar w lutowy poranek samolotem Quatar Airways. Miało być luźno i bez ludzi, bo pandemia – guzik prawda! Samolot był wypełniony. Nie potrzebowaliśmy żadnych testów ani kontroli sanitarnych; Tanzania przyjmuje wszystkich, tak jak jeszcze rok temu większość świata (gdyby ktoś zapomniał). W samolocie i na lotnisku wymagano maseczek. Na Zanzibarze doświadczyliśmy cudu, o którym zapomnieliśmy prawie – możliwości siedzenia w knajpce z grupą przyjaciół, jedzenia, popijania, rozmawiania i weselenia się. Bez masek. Skrupulatnie spędzaliśmy w ten sposób wszystkie wieczory. I nie przekona mnie nikt, że to było złe i nieodpowiedzialne.

Wioska wzdłuż drogi
Wieś z akcentem turystycznym – sprzedaż obrazków przy drodze

Zanzibar powitał nas deszczem. Ale jakim deszczem! Padało tak przez prawie całą naszą podróż autem do Uroa. Myślałam już, że to monsun na naszą cześć się “zwcześnił”, bo mam po wrześniowych Włoszech uraz i wiele wskazuje, że pogoda nas nie lubi. W strugach wody nawet stragany i miejscowy handel wzdłuż drogi wyjazdowej z Zanzibar City jakby przygasły. W ciągu godziny z kawałkiem wszystko stało w wodzie. Na szczęście w ciągu kolejnej godziny wróciło do swej słonecznej normy.

Pole pole i hakuna matata

Na Zanzibarze życie toczy się zgodnie z tymi dwoma hasłami, powtarzanymi niezwykle często i w rozmaitych okolicznościach. Pole pole oznacza ich tempo życia i działania (a może w ogóle powinno to być tempo zalecane dla świata?) – “powoli, nie śpiesz się, wyluzuj”. Hakuna matata zaś to afrykańskie powiedzonko spopularyzowane przez film Król Lew, znaczące “nie martw się, bez obaw, nie przejmuj się”

Ponadto, w kulturze Suahili czas zaczyna liczyć się o wschodzie słońca, a nie o północy. Dzień zaczyna się około siódmej rano i dla nich to godzina pierwsza rano. Czyli nasze południe to powiedzmy godzina szósta. To właśnie tłumaczy wskazanie zegara w Arushy, (poczytacie w Przytul słonia czyli tanzańskie safari), wyznaczającego środek Afryki – byliśmy tam przed południem, a na nim jest ewidentnie godzina piąta.

To nie Zanzibar co prawda, a kontynent, ale zegar wart obejrzenia ze względu na czas suahili

Dzień kończy się o dziewiętnastej, zaczyna się wieczór– na Zanzibarze to godzina pierwsza wieczorem. W turystyce i w hotelach korzysta się oczywiście z czasu uniwersalnego, ale … znając mentalność mieszkańców Afryki oraz znaczenie hasła pole pole, zawsze lepiej się kilka razy upewnić! Powiedzenie “pole pole” bardzo dobrze ilustrował nasz hotel – radosny uśmiech obsługi, a przy tym miliony niedociągnięć i ogólnej niemocy. Ale … to cała Afryka!

Wsie, domy, szkoły

Wioski na Zanzibarze ulokowane są najczęściej wzdłuż dróg. Nie oszukujmy się, wszędzie widać biedę i dość prymitywne warunki życia. Kochamy Zanzibar za jego klimat i plaże, ale prawda o nim jest właśnie taka. Większość domostw sprawia wrażenie niedokończonych: często nie ma okien, bo w ogóle się ich nie wstawia, dom to mury, od wewnątrz otynkowane, od zewnątrz nie zawsze, a nierzadko nie ma podłogi w naszym pojęciu tego słowa. Sprzęty są proste, cała rodzina cieszy się często z nabycia stołu, z szafami bywa różnie. Ale to właśnie rodziną stoi Zanzibar – zazwyczaj w domu mieszkają nawet 3 pokolenia, jakieś siostry, ciotki, kuzyni. Jest dużo dzieci. Zanzibarczykowi trudno będzie zrozumieć, gdy mu powiecie, że w Polsce mieszkacie sami. W domach najczęściej nie ma bieżącej wody. Nie na darmo mówi się, że Afryka to kontynent żółtego bidonu, często noszonego na głowie przez kobiety. Kobiety dużo pracują, to do nich należy cała troska związana z utrzymaniem domu i zadbaniem o dzieci. Mąż zwykle zajmuje się połowem, czasem ma pracę przy turystyce. Jeśli ma dwie żony, każda prowadzi swoje gospodarstwo domowe, a on musi zarobić na obydwie (pomijając to, co zarobią one same).

Wieś Uroa, wygląda typowo. Dzieci wracają ze szkoły na przerwę obiadową.

Od 2015 roku szkoła, która była obowiązkowa, stałą a się także bezpłatna. Dzieci chodzące do szkoły noszą obowiązkowo mundurki, a zakupić je muszą sami rodzice.Dzieci są z nich dumne! Obowiązek szkolny rozpoczyna się w wieku siedmiu lat, a szkoła podstawowa ma siedem klas. Problem szkolnictwa polega na tym, że w publicznych szkołach podstawowych językiem wykładowym jest suahili, zaś angielski jest tylko językiem obcym nauczanym w szkole. Po zakończeniu szkoły podstawowej i zdaniu egzaminu, dzieci mogą iść do szkoły średniej, ale tam językiem wykładowym jest już angielski. Wiele dzieci nie radzi sobie z tą barierą i nie kontynuuje nauki w szkole średniej. Szkoły w małych miejscowościach pękają w szwach, a nauczyciel jest tylko jeden, w dodatku słabo i nieregularnie opłacany.

Dzieci widzimy w wielu miejscach na Zanzibarze – są słodkie i rozbrajające. Jeśli jednak chcemy dla nich dobrze, nie dawajmy im pieniędzy. Gdy dziecko zacznie przynosić do domu pieniądze, jest duża szansa, że rodzic przestanie je wysyłać do szkoły, a zacznie do turystów. My zabraliśmy dużo kolorowych długopisów, ołówki, zeszyty. Zawsze jest ich za mało.

Plaże, które powalają pięknem

Zanzibar oblany jest Oceanem Indyjskim, więc turkus wody jest w naprawdę wszechobecny. Można przebierać! Najpiękniejsze plaże według naszych standardów znajdują się w części wschodniej, to znaczy od strony otwartego oceanu. Pewnie ilu turystów na Zanzi, tylu amatorów różnych plaż. Wzdłuż wschodniego wybrzeża ostudziłabym jedynie wasze zapędy w okolicach Zatoki Chwaka – nie najpiękniejsze, dość zamulone, dużo roślinności, a mało bielutkiego piasku. My mieszkaliśmy w tych okolicach i to – paradoksalnie – stało się przyczynkiem do obejrzenia wielu plaż. Po prostu szukaliśmy tych piękniejszych niż nasza. A transport na Zanzibarze, choć drogi pozostawiają trochę do życzenia, nie jest trudny, zwłaszcza dla kilkuosobowej grupy. Zamówienie dużej taksówki dla 7 osób to koszt 20-40 dolarów. Dowóz i powrót, często z oczekiwaniem kierowcy i jeszcze wyhaczeniem sklepu po drodze.

Paje i Pingwe

To była nasza pierwsza wyprawa i okazała się stosunkowo daleka, bo drogi na Zanzibarze prowadzą tam gdzie są, a nie tam, gdzie by nam pasowało. Odcinek spod Uroa do Paje trzeba było pokonywać trochę skomplikowanie: najpierw cofnąć się do środka wyspy, żeby objechać ją niemal wszerz i wyjechać na wschód, nad ocean, do Paje. Plaża powaliła nas bielą piasku, ale niestety, nie doskonałego. Przyczyną były wodorosty, a dodatkowo stada bydła wędrującego spokojnie plażą.

Duże stado bydła, przechadzające się plażą. Oczywiście, pozostałości ich wędrówek na plaży są, ale przecież to ich miejsce na ziemi…
Ten biznesmen na plaży w Paje, sprzedający magnesy prosto z drzwi od lodówki, był dla mnie hitem przedsiębiorczości na Zanzibarze

Do tego przyjazne plażowe bary z pyszną zupą rybną, gromady dzieci wędrujące ze szkoły, biznesmen z drzwiami od lodówki, sprzedający magnesiki, grupki plażowych Masajów oraz zniewalające kąpiele w turkusowej wodzie. Pełen relaks!

Paje, w barze plażowym
Masaje plażowi. Spacerują ich grupki w Paje i w Kiwengwa. Stanowią atrakcję swoim strojem i wyglądem. Zarabiają tu na różne sposoby, niezupełnie typowe dla Masajów, którzy generalnie trudnią się pasterstwem.

Po kilku godzinach przemieściliśmy się z naszym panem kierowcą z Paje do Pingwe, miejscowości na półwyspie Michamwi, nieco bardziej na północ (czyli jeszcze bardziej oddalając się od naszego punktu startowego), żeby zobaczyć i wypróbować słynne zanzibarskie must see – restaurację The Rock.

The Rock czyli skała. Chatka na skale.

Znana jest ze swego niezwykłego położenia: niewielki, pozornie jakby sklecony z różnych materiałów budyneczek (chatka na kurzej łapce!) na skale, która w zależności od pływów jest prawie na brzegu lub na oceanie (tak, że trzeba do niej płynąć łódką). Był odpływ, więc weszliśmy do niej z brzegu, robiąc tylko krok lub dwa w wodzie, z sandałami w ręku. To, że zgubili naszą rezerwację, to szczegół, bo jednak udało się zdobyć stolik. Restaurację prowadzą Europejczycy, ponoć Włoch. Ceny równie szczególne, jak i to miejsce, ale owoce morza na tyle pyszne, że warto było. Duży półmisek owoców morza dla 2 osób (naprawdę do syta) to wydatek rzędu 60 dolarów. Widoki i wrażenia – bezcenne!

Plaża podczas odpływu, pełna wodorostów (bez retuszu) i The Rock
The Rock ze środka restauracji

Kiwengwa

I znowu biel piasku, turkus oceanu oraz przyjazna knajpka (Beach Bar Bahati, bodajże), gdzie wyczarterowaliśmy leżaki, by oddawać się w cieniu słodkiemu nicnierobieniu. Leżaki czy inne miejsca do siedzenia w cieniu są na ogół na Zanzibarze niepłatne, za to występują najczęściej przy plażowych barach i obsługa dba, abyśmy co jakiś czas coś zamawiali. W sumie jednak to całkiem korzystna opcja. I tak przecież trzeba coś przegryźć czy wypić podczas plażowania.

Lokalnie, smacznie, tanio i kolorowo na plaży, z częścią naszej wspaniałej grupy
Piękna plaża to i kobiety piękne! 😉

Zapewniam, że raczej nikt tu nie układa się specjalnie na piasku, by się opalać – to się odbywa tylko mimochodem. To Afryka, słońce pada pod specyficznym kątem i … pali! Nasz bar Bahati miał dla turystów stałe ceny, najczęściej było to 5 dolarów (np. za drinki, piwo, etc) lub 10 dolarów (konkretny obiad). Obok w knajpce, korzystając z lokalnego menu (które podano nam, choć potem usiłowano szybko zamienić na to dla turystów) zjedliśmy posiłek za 10 000 szylingów, czyli za 5 dolarów. Bardzo lokalny. Ciekawostką jest piwo o nazwie Kilimanjaro, a więc – nie możesz wejść, to wypij!

Jak wam się podoba galeria handlowa w Kiwengwa?

W Kiwengwa rozbawiła nas plażowa galeria handlowa. Była tam wśród budek pod palmami i Ikea, i Lidl, i Armani, i Adidas i jeszcze parę marek. Generalnie, chyba plaża w Kiwengwa podobała nam się najbardziej ze wszystkich odwiedzonych na Zanzibarze. Poza tym było tam niedaleko.

Fajnie mieć taką drogę ze szkoły…!

Nungwi

Nungwi leży na samej północy, praktycznie na cypelku – Ras Nungwi. Wybraliśmy się tam po powrocie z safari. Nungwi trochę się różniło od wcześniej widzianych plaż. Miała sporo parasolowych skał, pod którymi niektórzy zalegali plażowo, korzystając z cienia. Było po pełni księżyca, więc zmieniły się pływy i teraz w środku dnia przypadał odpływ, dopiero po godzinie 15 woda miała wracać powoli na swoje miejsce. Powitały nas więc rozległe odsłonięte tereny plaży, częściowo z wodorostami. Gdy odeszło się daleko, dało się znaleźć sympatyczne, płytkie i ciepłe baseniki do kąpieli, wśród pochylonych łódek dhow.

Odpływowa plaża w Nungwi

W Nungwi udało się nam z pomocą Kasi odkryć świetne miejsce na obiad. Kawałek uliczki i mały skwerek wśród straganów za plażą zajmował lokalny bar Mama Africa, ze sprawną obsługą, urozmaiconym menu w stylu suahili i klientelą zarówno miejscową jak i plażową. Tytułowa Mama, starsza, skromna, ciemnoskóra pani, siedziała po drugiej stronie uliczki, przyglądała się obsłudze i klientom i przyjmowała od kelnerek kasę. Pogadaliśmy tam z miejscowym, zjedliśmy ryż lub pilaw, warzywa z przewagą szpinaku, czerwony gulasz warzywny, fasolę, surówkę. Zaskoczyła nas zupa rybna, która okazała się rosołkiem, a towarzyszyła mu podana obok ugotowana ryba. Do tego koktajl z mango. Wszystko było bardzo smaczne, takie domowe i za nieduże pieniądze. Za to tutejsze stragany nas zawiodły, bo nie miały ładnych ryb (ozdób na ścianę) lub miały je za niechrześcijańskie ceny.

Obiad w Mama Africa

Nungwi było jedyną plażą, gdzie wypożyczano parasole z leżakami za pieniądze – 10 tys. szylingów za dzień. Wiatr był na tyle silny, że przywiązywano te parasole na różne sposoby, a potem przyszedł przypływ i trzeba było jeszcze wszystko na gwałt przesuwać, bo woda uprowadzała klapki i dobytek. Zamieszania było co niemiara.

Pongwe

Ostatniego dnia przed odlotem, który miał się odbyć o godzinie 23.50, uznaliśmy, że koniecznie trzeba zrobić jeszcze coś przyjemnego. Mogła to być plaża – najprzyjemniejsze, co da się w tych warunkach wymyślić, przed powrotem do zimnej pandemicznej cywilizacji. Już w szóstkę, bo Kasia pojechała do stolicy odebrać wyniki testów, wyruszyliśmy umówionym autem do Pongwe, oddalonego o jakiś kwadrans jazdy.

Niesamowite Pongwe

Zaczynał się odpływ, ale jeszcze wody było sporo. Plaża pełna skał, nie była jednolitym ciągłym kawałkiem piasku. Pongwe było najbardziej urozmaiconym miejscem plażowym, na jakim byliśmy: kawałki wybrzeża, małe wysepki, jedna trochę większa z hotelikiem The Island (dość luksusowym zresztą), przypominająca nieco The Rock, wrzynające się w ląd przypływowe rzeczki.

Po drabinowych schodkach do hotelu The Island

Było niezwykle! Brodziliśmy tam w wodzie, która stopniowo uciekała. Potem z tarasu tegoż hotelu, znad drinków, obserwowaliśmy odpływ oceanu i liczne miejscowe kobiety, zbierające algi i owoce morza. Chodziły z koszami po płytkiej, odpływowej wodzie. Są bardzo zaradne i pracowite, a wyglądały jak kolorowe kwiaty.

Widok z tarasu The Island

W małym pensjonacie, prowadzonym przez domniemanego Europejczyka, który okazał się Sudańczykiem (!) dostaliśmy obietnicę, że przyrządzą nam coś do jedzenia. Można było w międzyczasie się przekąpać w baseniku. Trwało to długo, ale wynieśli nam półmiski pełne cudów – grillowanych produktów nazbieranych tuż obok – owoców morza (ryba, ośmiornica, homar, krewety, kalmary pocięte w krateczkę plus frytki i surówki). Mniam!

Zanzibar City czyli Stone Town

Stone Town to stara część miasta Zanzibar, powstała w połowie XIX wieku. Kamienne Miasto, bo tak by je pewnie należało tłumaczyć, zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO i jest punktem na mapie Zanzibaru, który koniecznie należy odwiedzić.

Celem numer 1 naszej wycieczki do Stone Town było … wykonanie testów na koronawirusa w miejscowym szpitalu. I w tym oto miejscu (Migombani Hospital) nastąpił drugi przypadek konieczności założenia maseczek.

Przetestowani, przejechaliśmy do portu, skąd zaokrętowani na łódkę ruszyliśmy w kierunku Prison Island.

W porcie

Wyspa ta miała (jak sama nazwa wskazuje) być więzieniem. W tym celu nawet powstały tam odpowiednie budynki. Nigdy jednak żaden więzień się tu nie znalazł, za to przez jakiś czas wyspa stanowiła miejsce kwarantanny dla chorych na żółtą febrę. Rejs trwał ponad 20 minut i dawał okazję nasycenia oczu prawdziwym lazurem wody Oceanu Indyjskiego.

Na Prison Island znajdował się również hotel, niestety aktualnie zamknięty. Czynna była na szczęście główna atrakcja wyspy, mianowicie hodowla żólwi olbrzymich. Pierwsze z nich trafiły tu na początku XX. wieku z Seszeli, jako dar dla Zanzibaru. Trafiły na doskonałe warunki i szybko się rozmnożyły. Kiedy jednak w latach 50. stwierdzono, że zaczynają ginąć tudzież być rozkradane, otoczono je opieką, ogrodzono teren i do dziś są dokładnie strzeżone.

A najstarszy z nich ma ponoć 190 lat! Są naprawdę ogromne, masywne i z majestatem przechadzają się między turystami. Udało nam się podejrzeć nawet żółwiową kopulację!

Żółwia kopulacja była najprawdziwsza, z efektami dźwiękowymi!

Do najważniejszych zabytków Stone Town należy zaliczyć stary port, Dom Cudów (kilka miesięcy temu zawaliła się jego spora część), muzeum (Palace Museum), Fort, dawny targ niewolników, katedrę anglikańską z drugiej połowy XIX wieku, czy też dom Tippu Tipa.

Wybudowany w 1883 roku Dom Cudów, słynął z tego, że był pierwszym budynkiem na Zanzibarze, do którego doprowadzono prąd elektryczny i bieżącą wodę oraz pierwszym w Afryce Wschodniej, gdzie zamontowano windę. Zawalił się w początkach 2021 roku.

Wędrując po starej dzielnicy na każdym kroku napotkasz imponujące pozostałości dawnej epoki, a do szczególnie charakterystycznych należą drzwi.

Dawne drzwi zanzibarskie. Przepiękne, charakterystyczne, rzeźbione, choć całkiem często odrapane i zniszczone. Pośród wąskich, krętych uliczek, w których nie zmieści się samochód, a wśród których łatwo się zgubić, odnajdziemy mieszankę kultury afrykańskiej, arabskiej, indyjskiej i europejskiej.

Jeden z małych ryneczków-zakątków Stone Town

Miejsce to niegdyś było centrum handlu niewolnikami między Azją i Afryką, dziś zaś obfituje w liczne bazary, meczety oraz ogromne, pełne przepychu domy w stylu arabskim. Interesującym miejscem odnoszącym się do współczesności jest dom, w którym urodził się i mieszkał Freddie Mercury. Zdjęcie przed jego drzwiami to obowiązkowy punkt wycieczki!

Ażeby jeszcze bardziej zejść na ziemię zaproponuję świetne i dobrze znane miejsce na posiłek, jakieś 200 metrów za katedrą, Lukmaan Swahili Cuisine. Tu się wybiera i je, aż się uszy trzęsą, samemu dobierając sobie zestaw.

Bardzo urokliwe i klimatyczne to Stone Town, chciałabym tu jeszcze wrócić… Warto to zrobić przed wieczorem, tuż po zmroku, gdy nad Stone Town – stolicą Zanzibaru, unosi się aromatyczny zapach jedzenia, skutecznie pobudzający apetyt mieszkańców i turystów. To znak, że w ogrodach Forodhani, w pobliżu portu, zaczyna się wieczorny targ jedzeniowy (zwany night market lub food market)

Parkowe tereny w okolicy portu; miejsce food marketów

Blue safari

Wyprawa łodziami na ocean na południowym zachodzie wyspy to jedna z głównych atrakcji pobytu na Zanzibarze. Skorzystaliśmy z niego i my. Blue safari pewnie miało w podtekście kolor oceanu, bo to prawdziwe safari (green? yellow?) w tanzańskich parkach narodowych było już za nami (czytajcie Przytul słonia czyli tanzańskie safari).

Zaraz się zaokrętujemy na blue safari…

Zaokrętowanie na łódki odbywało się w wiosce Fumba. Łodzie były drewniane i zbudowane według lokalnej tradycji. Płynęliśmy około godziny na rajską wyspę, do której dopływając, spłoszyliśmy ogromne stado ptaków. Było widowiskowo! Potem co nieco raju: bielutka wysepka, piasek, płytka woda w kolorze turkusu, słońce. Nasi organizatorzy (Alonso + załoga łodzi) zrobili dla nas ucztę owocową, a my – big sesyjkę fotograficzną!

Łódź przy bezludnej mini-wyspie
Ogromne stado spłoszonych ptaków
Sweet session

Kolejnym etapem miał być snorkeling po odpłynięciu w inne miejsce. Część osób zamaskowała się i zeszła, ale nie trwało to szczególnie długo, bo okazało się, że nie ma aż tak wiele do oglądania. Rafa i fauna w tym miejscu nie były warte długiego pływania. Wreszcie druga wysepka – z kamienisto- skalistym brzegiem, bardzo malownicza. Tam odbywał się wspólny lunch. Przy dużych drewnianych stołach zasiedliśmy grupami (łodzi było kilka) i zjedliśmy … owoce morza, oczywiście!

Oczywiście, sporo w tym było komercji, ale też i mnóstwo przyjemności z obcowania z naturą, wodą, wiatrem. Naprawdę fajna przygoda!

Druga z wysepek bez nazwy, gdzie się odbywa Blue Safari – tym razem pełna skałek, czasem złośliwie porośniętych glonami. Łatwo o upadek!

Na mapce zaznaczyłam miejsca, gdzie udało nam się być. Można chcieć zobaczyć więcej, jeszcze trochę zostało, ale czas zawsze ogranicza. Cieszymy się z tego, co było, to był piękny czas w tej szczególnej zimie!

Rambutany na finał. Był na nie sezon. Małe, delikatnie kolczaste kulki, z których trzeba wyłuskać soczystą i śliską białą śliweczkę z pestką. Dobre!

    Komentarzy - 6

  1. Fajne klimaty i piękne zdjęcia. No i dziewczyny na cudnej plaży. 😀

  2. Cudna woda, wspaniałe zdjęcia. Gratuluję pomysłu na wypoczynek. Ciepełko, to to, co lubicie chyba najbardziej.

  3. Doskonała relacja i obserwacje. Spędziłam w Afryce wiele lat, wprawdzie w nieco gorszej lokalizacji, ale widać z Twoich opisów, że mentalność ‘lokalsów’ niezmiennie taka sama.

    1. Dziękuję! staram się zawsze doceniać specyfikę miejscowej ludności – to ich obyczaje i ich kraj. Czasami jednak w ocenianiu innych wyłazi z nas Europejczyk…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *