W podróży

Przez Brazylię bez rytmu samby

(za to w oparach Coronawirusa)

Brazylia jest wyrazista, mocna, odważna, kolorowa, rytmiczna, jak jej mocno zielona flaga. Jak jej zielone niezmierzone lasy wzdłuż Amazonii. Jak kręcące pupami dziewczyny z piórkami, tańczące sambę. Jak seksowne Brazylijki na lotnisku, ulicy i w pracy, nie tylko w Rio, czasem sprawiające wrażenie nie całkiem ubranych.

Brazylia jest emocjonalna jak miłość Brazylijczyków do footballu (5 razy mistrzostwo świata!), krzyżująca się w im tylko znany sposób z kolorowo-kwiatowym katolicyzmem i skłonnością do łez.

Brazylia jest ogromna, jej terytorium to mniej więcej 27 razy Polska. Trudno sobie taki ogrom wręcz wyobrazić, ale to tłumaczy konieczność latania: w Brazylii odbyliśmy w sumie sześć lotów lub inaczej – 3 podróże lotnicze z przesiadkami. Brazylia graniczy z niemal wszystkimi państwami Ameryki Południowej, wyjątek stanowią Boliwia i Chile. Jej największe miasto, Sao Paulo, przekracza 21 milionów mieszkańców i nie jest stolicą.

Pierwsze spotkanie z Brazylią niosło trochę stresu i pytanie: czy w dobie przywiewającego z Europy koronawirusa, Brazylijczycy wpuszczą nas bez problemu? Wjeżdżaliśmy z Argentyny po obejrzeniu pierwszej części wodospadów Iguaçu z zamiarem obejrzenia ich brazylijskiej strony. Wszystko poszło pięknie i tak oto znaleźliśmy się w brazylijskim mieście Foz do Iguacu.

Salvador da Bahia

Kolorowe wstążeczki: na szczęście, na zdrowie, na dobre zakończenie – trzeba wiązać jak wszyscy i już! Te znaleźliśmy przy latarni.

Nim tu dolecieliśmy, trochę nam namąciło w głowach. Był 13 marca 2020, dzień, w którym Polska ogłosiła, że za dobę z kawałkiem zamyka granice. Byliśmy na północy Brazylii, bez szans na podjęcie innej decyzji niż ta, że po prostu kontynuujemy podróż. Trochę jednak nam to zawirowało w głowach… Żartowaliśmy sobie: oj tam, oj tam! mamy prawo pobytu w Brazylii jeszcze 88 dni, a kwarantanna na Copacabanie to tylko przyjemność! Ale zamęt pozostał.

Tymczasem przylecieliśmy do Salvadoru, miasta w północno-wschodniej Brazylii, tylko 13 stopni poniżej równika. Baaardzo mi się ten Salvador spodobał! Za ciepełko, za urok starego miasta wpisanego na listę UNESCO, za ocean, za kolory, za miły i elegancki hotel (Wish), nawet z europejskimi gniazdkami (prostownica, moja słabość!) i za…. królestwo kolorowych wstążeczek (szczegóły później)

Kokos w starym centrum smakuje bosko!

Salvador, stolica stanu Bahia (czyt. Baja) i port leżący na półwyspie w Zatoce Wszystkich Świętych, to ponad 4-milionowe miasto odkryte przez Amerigo Vespucci (1501), w dodatku pierwsza stolica Brazylii aż do 1763 roku. To miasto pełne uroku i przepięknie położone, z plażą, latarnią morską, różnicą poziomów między górnym i dolnym miastem sięgającą 70 m (tak trochę jak Luksemburg, miasto dwupoziomowe), ale też z nieco mroczną historią, która ukształtowała jego koloryt. To tutaj, jako do kolonii portugalskiej, przywożono przez wiek XVI, XVII i XVIII niewolników z Afryki na plantacje trzciny cukrowej. Do dziś procent czarnoskórej ludności jest w tym stanie znacznie wyższy niż w pozostałej części Brazylii. To tutaj doszło do powstania niewolników (ich przywódca Zumbi ma pomnik w centrum miasta).

Zumbi z Palmares wywodził się z niewolników przywiezionych z Angoli i żył w XVII wieku; od dzieciństwa był zdolny i w wieku 15 lat dołączył do Quilombo dos Palmares (państwa zbiegłych niewolników), którego stał się w końcu liderem. Zginął w 1695 roku.

To w Salvadorze wierzenia niewolników i różnych grup napływowych przekształciły się w religię afroamerykańską Candomblé. Figury bogów candomblé – na przykład Xango bóg ognia, Oxum boginii ognia, Oxossi bóg lasu i polowania czy Iansa – bogini wiatru i burz – wyłaniają się w centrum miasta znad tafli jeziora Dique do Tororo, a damy odganiające uroki i złe duchy napotkamy na Pelourinho lub pod kościołem Igreja de Nosso Senhor Bonfim (Chrystusa Dobrego Zakończenia).

Figury bóstw religii candomble na jeziorku Dique do Tororo w centrum miasta

Co trzeba zobaczyć i zrobić w Salvadorze?

  • Latarnię morską Barra i nadmorską dzielnicę o tej nazwie (my napotkaliśmy tam niezwykle malowniczą grupę studentów farmacji, świętujących swoje zakończenie studiów)
Na biało ubrane farmaceutki (było między nimi chyba 2 panów) świętują koniec studiów
  • Jeziorko Dique do Tororo z bóstwami dawnych religii, a wokół niego trochę faweli
Bogini Candomble, prawdopodobnie Iansa
  • Górne miasto z centrum historycznym i głównymi budowlami miasta (np. Palácio Rio Branco, dawną siedzibą gubernatora)
Dawna siedziba gubernatora. Górne miasto.
Pod pałacem gubernatora na luzaku…
  • Popatrzeć z góry na port i windę, Elevador Lacerda
Winda Lacerda wozi ludzi między poziomami miasta: górnym i dolnym
  • Igreja do Nosso Senor Bonfim z votami w formie kończyn, serc i głów (czy co tam komu uzdrowiono) i zawiązać pod nim kolorową wstążeczkę na szczęście, zdrowie i dobry los. Te kolorowe wstążeczki to prawdziwy symbol Salvadoru
Kościół Nosso Senor Bonfim (Chrystusa Dobrego Zakończenia)
Ołtarz w kościele Chrystusa Dobrego Zakończenia
Vota, pamiątkowe symbole spełnionych modlitw czyli wyleczonych części ciała pozostają w kościele w dowód wdzięczności
Kolorowy koncert życzeń! Też zawiązałam!
  • Pelourinho czyli najstarszą dzielnicę, która kiedyś była niechlubnym targiem niewolników (pelourinho znaczy pręgierz), później zmieniła się w miejskie fawele, a dziś pełna jest artystycznie odnowionych dawnych budynków, murali, wystaw różnorakiej twórczości. Blisko stamtąd do mniej bezpiecznych dzielnic, ale miasto i tak zrobiło wiele wyprowadzając stąd fawele. Można tu, słuchając muzyki bębnów, zobaczyć kościół Igreja do Rosário dos Pretos (Różańca Czarnych) w okolicy, gdzie Michael Jackson nakręcił swój teledysk do “They don’t care about us”
Grafiti na Pelourinho
  • Kościół Świętego Franciszka z Asyżu, najcenniejszy kościół z jego main attraction (jak powiedział Dick, nasz przewodnik po Salvadorze, wprowadzając nieco już zmęczoną i znudzoną grupę do kaplicy kapiącej złotem i ozdobami, co spowodowało gwałtowne przebudzenie i opadnięcie szczęk)
Najcenniejszy kościół – św, Franciszka z Asyżu
  • Plac Largo Tereiro de Jesus z Katedrą i co najmniej dwoma kościołami. Kościołów jest w Salvadorze ponoć więcej niż 365! Tam udało się nam też przed wieczorem zobaczyć pokaz capoeiry
  • Stadion Arena Fonte Nova (dla amatorów)
Przed stadionem Arena Fonte Nova, zbudowanym na Mundial w 2014
  • Zjeść coś z pysznej kuchni tego regionu. Polecam mokekę, gulasz rybno-krewetkowy z warzywami, świetnie przyprawiony (moqueca). Ciekawe są też placuszki z tapioki, tak zwane tapioquinha (beztłuszczowe naleśniki z dodatkami)
Moqueca. Super przepyszne danie, skonsumowane na Pelourinho w restauracji Uaua

Czy w Salvadorze jest bezpiecznie?

Należałoby zacząć od pytania, czy w ogóle w Ameryce Południowej jest bezpiecznie. Albo wręcz – czy jest bezpiecznie podróżować? Na pewno są tu dzielnice biedy i ludzie, dla których biały Europejczyk jest łakomym kąskiem. Nie on sam jednak, ale jego portfel czy aparat fotograficzny. Należy zawsze i wszędzie być ostrożnym oraz

  • nie zapuszczać się w mało uczęszczane, niebezpieczne okolice
  • nie nosić ze sobą dużej gotówki, a już na pewno nie demonstrować jej kupując magnesik czy coca-colę; na spacerowanie zabierać ze sobą maksimum równowartość jakichś 50 dolarów, najlepiej podzieloną w różnych miejscach
  • rozsądnie trzymać swój dobytek z przodu lub pod ręką
  • nie nosić ze sobą paszportu
  • poinformować się w hotelu, u taksówkarza czy kierowcy ubera lub w punkcie turystycznym, gdzie miejscowi nie radzą się zapuszczać
  • w hotelu bezwzględnie korzystać z sejfów
  • jakby co – nie upierać się, oddać te 50 dolarów (gorzej aparat), zdrowie ważniejsze!

Poza tym normalnie zwiedzać, uśmiechać się do ludzi i nie przesadzać. Nie jestem osobiście jakaś szczególnie spanikowana ani opancerzona, też się boję, a jakoś szczęśliwie przejechałam parę kontynentów. Jedyna kradzież spotkała mnie w centrum Rzymu i to jako włam do mieszkania, można więc powiedzieć, że całkiem niezależnie od mojego zachowania, za to w centrum cywilizacji.

Manaus, stan Amazonas

Podróż do Manaus, to droga na zachód, wgłąb dżungli amazońskiej. Nawet godzinę się przy tej okazji zyskuje i mamy CET -5. Niestety, jak już kiedyś ubolewałam, samoloty nie latają w linii prostej, więc nasza podróż liniami LATAM (jaka super nazwa na linie lotnicze, gdyby… była po polsku, nie? To jednak skrótowiec od LATino AMerica) wiodła przez São Paulo z przesiadką tamże, a potem znów na północ (no…, północny zachód) do ponad półtoramilionowego Manaus.

Takie “lotnicze” zdjęcie, uchwycone na ekraniku w samolocie do Manaus z Sao Paulo. Wszystko widać, jak na dłoni! Nawet jak jakość nie najlepsza…

Chciałam sprawdzić z ciekawości, ile jest kilometrów drogą z Salvadoru do Manaus. Próżny trud – do Manaus nie prowadzą ŻADNE drogi. Dotrzeć tu można tylko samolotem lub wodą. To tylko ok. 1500 km od Belem, ujścia Amazonki do Atlantyku, czyli 3-5 dni na wodzie i już jesteśmy! Manaus to port oceaniczny, który leży 1500 km od oceanu, a jednak wpływają tu statki dalekomorskie. To bardzo fascynowało Piotra.

Manaus przeżywało swą świetność w drugiej połowie wieku XIX i początkach XX, kiedy ta okolica miała światowy monopol na produkcję kauczuku z naturalnego kauczukowca. Powstały wtedy gigantyczne fortuny (przysłowiowo mówi się, że tutejsi bogacze wysyłali swoje pranie do Europy) oraz wiele udogodnień i pięknych obiektów w mieście. Wykradnięcie przez Brytyjczyków nasion kauczukowca do Malezji, a także wynalezienie syntetycznego kauczuku spowodowało, że od około roku 1913 ceny tego surowca gwałtownie spadły, a wraz z nimi upadał okres tutejszej prosperity.

Teatro Amazonas, najlepszy przykład prosperity w Manaus

Dla nas Manaus był właściwie przesiadką w drodze do dżungli amazońskiej nad Rio Negro. Jednakże udało się zobaczyć:

  • Teatro Amazonas to owoc boomu kauczukowego – nigdy zapewne tak okazały neorenesansowy budynek na 700 miejsc nie powstałby w tej okolicy, gdyby nie znaczące wpływy do miejskiego budżetu i bogactwo miejscowych królów kauczuku. Naprawdę robi wrażenie! Kopułę pokryto dachówkami w kolorach brazylijskiej flagi. Większość materiału na budowę sprowadzono z Europy, a jego otwarcie w 1896 uświetnił występ włoskiego śpiewaka Caruso. Przez lata zaśpiewało tu lub zaprezentowało się wiele sław (Carreras, Pavarotti, Pink Floyd), a do dziś odbywa się tu sporo znanych światowych imprez i festiwali np. Amazoński Festiwal Operowy czy Festiwal Jazzowy. Żałuję tylko przeogromnie, że koronawirusowa panika uniemożliwiła nam obejrzenie wnętrza teatru – został zamknięty dla zwiedzających. A jest ponoć co podziwiać!
  • Port dalekomorski w Manaus; pełen większych i mniejszych statków, stwarzający możliwość podejrzenia podróżnych, którzy odbywają podróż Amazonką albo po prostu przypłynęli tu w interesach. Ciężarówki podjeżdżają, ładując i rozładowując statki. Niektórymi z nich można wybrać się na budżetową podróż dorzeczem Amazonki, zabierając swój hamak, śpiwór, jedzenie, a przede wszystkim dobry repelent na komary. W porcie oznaczono poziomy wody mierzone zawsze w czerwcu. Najwyższy od lat był całkiem niedawno, w roku 2012. W pobliżu portu obejrzeć można klasycystyczny budynek urzędu skarbowo-celnego.
Wchodzimy do portu!
Piotr nad tablicą ze wskazaniami stanu wody w porcie
Ładunek statków
  • Centrum historyczne Manaus z jego słynnym zegarem; na placu znajduje się również katedra metropolitarna z 1892 roku.
Pod katedrą
Słynny zegar w centrum Manaus
  • Targ Mercado Adolpho Lisboa zwany też mercado publico, którego niektóre pawilony powstały już w roku 1883, a całość w stylu art nouveau wzorowana była na paryskich halach (les Halles) i powstała na początku wieku XX. Targ to dla mnie zawsze najurokliwsze miejsce do zwiedzania. Tu było niesamowicie: najpierw hurtowa sprzedaż najróżniejszych owoców, potem stoiska, gdzie obrabiano lub przygotowywano do sprzedaży orzechy brazylijskie, jakieś owoce palmowców (jest ich mnóstwo rodzajów), wreszcie mięso i ryby na miejscu jeszcze rozkrawane czy patroszone. Kupiłam tylko 0,5 kg czarnego pieprzu, torbę orzechów brazylijskich i … żółty specyfik – odstraszacz na komary!
Wejście do całkiem eleganckich budynków targu

Bananowe szaleństwo
Sympatyczny pan roztłukuje orzechy brazylijskie.
Rybny wypas. Niech nikt nie pyta o nazwy, u nas na pewno takie nie występują.
Pirania. Ma czym gryźć! A tak poza tym to całkiem smaczne ryby, nałowiliśmy ich sobie w Rio Negro na kolację. Biorą na mięso.

  • Most nad rzeką Rio Negro. Jest baaardzo szeroka!
W głębi widoczny z dala most na Rio Negro

Nie udało się natomiast obejrzeć Encontro das Aguas, słynnego spotkania wód dwóch rzek, Rio Negro i Rio Salimoes. Bardzo poleca się to miejsce, ale chyba już nie wrócę po to do Manaus.

Autobusem, po uzbrojeniu się w różnego asortymentu zapasy, ruszyliśmy po przygodę do amazońskiej dżungli. Najpierw pokonując most na Rio Negro, potem odcinek szosą, następnie cholernie wyboistą drogą szutrową, by w końcu przesiąść się na łodzie. Ale o tym w osobnym artykule – W amazońskiej dżungli czyli przystanek nad Rio Negro.

Rio de Janeiro

czyli finis coronat opus

Rio de Janeiro to miało być najcudniejsze zwieńczenie naszej wyprawy, powiew brazylijskiej cywilizacji i egzotyki w jednym, przysłowiowa wisienka na torcie. Nie do końca się udało…

Przylecieliśmy do Rio z Manaus przez Brasilię w środę, 18 marca wieczorem. Od czwartku rano gubernator Rio de Janeiro ogłosił tak zwany stan izolacji – zamknięto wszystkie miejsca turystyczne dla ruchu zwiedzających. Turystom pozostało tyle, ile da się z zewnątrz pooglądać. Bez wejść, wstępów, wjazdów, zgromadzeń. No, cóż, smutno, Rio do powtórki. Stało się jasne, że odpłynęły nam w bliżej nieokreśloną dal takie atrakcje, jak wjazd na Głowę Cukru, figurę Chrystusa czy wejście na stadion Maracana. Bądź pokaz samby.

No, ale cóż…! Jesteśmy w Rio! Mamy jeszcze Copacabanę, Ipanemę, miasto do spacerów i punkty widokowe do oglądania tych cudów z daleka – nie płaczmy więc! Mamy jeszcze bardzo fajny hotel przy Avenida Atlantica, w pobliżu posto seis, stanowiska nr 6 na Copacabanie, serwującego doskonałą caipirinhę. Mamy jeszcze naszą roześmianą grupę, Pawłą, słoneczko i nieco przestraszoną całą sytuacją Daisy, miejscową przewodniczkę. Trzeba więc korzystać z tego, co nam w tej koronawirusowej, szczególnej sytuacji zostało!

Jedyne zdjęcie wypożyczone – od szczęśliwca (Breogan67), który mógł wspiąć się tam, gdzie my nie mogliśmy. Zdjęcie robione na zatokę najpewniej z Corcovado czyli spod figury Chrystusa.

Co udało się “wyciągnąć” z Rio “w czasach zarazy”?

  • Głowa Cukru czyli Pão de Açúcar. Góra jest jednym granitowo-kwarcowym monolitem wyrastającym prosto z Oceanu Atlantyckiego. Nie jest jedyna, bo spora część Rio usadowiona jest na podobnych skałach o często zaskakującym kształcie. Jakież było nasze zdziwienie, gdy odsłoniwszy okno po pierwszej nocy w hotelu Grand Mercure (przyjechaliśmy późnym wieczorem), zobaczyliśmy … Głowę Cukru! Niestety, pomyłka! To była jedna ze skał o trochę zbliżonym kształcie, w dodatku po części zabudowana domkami, ale wyglądała niesamowicie.
  • Panorama na Rio de Janeiro z widokiem na fawele. Rio słynie z panoram. pewnie dlatego, że prawie każdy turysta wjeżdża na Corcovado lub na Głowę Cukru. A tymczasem … zawaliło się! Nawet punkty widokowe były w sporej części pozamykane. Nasza miejscowa przewodniczka robiła co mogła, ale rarytasów nie zobaczyliśmy. Cieszmy się jednak i z tego, co się udało!
Daleko, ale jest!
Na tym nabrzeżu znajdował się też pomnik Chopina. A poza tym jeden bardzo uprzejmy pan strażak w krótkich spodenkach prosił nas, byśmy nie przemieszczali się tak dużą grupą
  • Schody Selaron (Escadaria Selaron) i dzielnica Lapa to miejsce tysiąca kolorów na ścianach budynków. Tak jakby jego mieszkańcy lub przybysze chcieli koniecznie ozdobami i barwnymi graffiti wyrównać braki starej, trochę rozpadającej się dzielnicy. Schody Selaron powstawały w latach 1990-2013, kiedy to żyjący w pobliżu artysta Jorge Selaron chciał ozdobić pobliskie schody. Wyklejał je płytkami w kolorach niebieskim, żółtym i zielonym, z czasem inni zaczęli znosić mu płytki, by wzbogacić i powiększyć mozaikę.
Słynne kolorowe schody Selaron w dzielnicy Lapa
Cała Lapa, cała ona! Niebogato, ale kolorowo i z jajem!
Na przykład taka sobie mozaikowa mapa świata… Mniej więcej Rio pod paluszkiem.
Oswajanie kociaka z murala
  • Katedra Świętego Sebastiana to jedna z nielicznych ekscentrycznych budowli sakralnych na świecie. Współczesna, bo ukończona w 1976 roku przypomina gigantyczny stożek i ponoć ma nawiązywać do piramid Majów. Cztery witraże idą w niej pionowo przez całą wysokość budowli, tworząc krzyż. Katedra jest ogromna, może się w niej zmieścić 20 tysięcy wiernych, z czego 5 tysięcy może usiąść! Dodatkowy efekt daje odbicie sylwetki katedry w przeszklonych biurowcach naprzeciwko
Katedra św. Sebastiana ma nawiązywać do piramid Majów
Wnętrze katedry
… i jej odbicie
  • Spacer nabrzeżem przy marinie, przed terenami Marynarki Wojennej Brazylii, pod Muzeum Jutra (projekt Santiago Calatravy; biały, ażurowy, miękki, ale agresywny budynek jakby wznosił się do lotu) zlokalizowane na molo w historycznej części miasta oraz pod niezwykłe murale-twarze. Te ostatnie, zrobione przy okazji mundialu w Rio, przedstawiają twarze symbolizujące mieszkańców poszczególnych kontynentów. Co ciekawe – żadna z twarzy kompletnie nie pasowała mi na Europejczyka!
Twarze…
Muzeum Jutra, niezwykle ekologiczny budynek – większość energii czerpie ze słońca
  • Rejs po zatoce Rio de Janeiro z wesołą kolacją, w promieniach zachodzącego słońca. To była niezwykle radosna i wyluzowana impreza! Grill po brazylijsku: pieczony ser, kiełbaski, mięsko na pokładzie niewielkiego statku, który zabrał tylko naszą wycieczkową ekipę na rejs po Zatoce Rio de Janeiro. Caipirinha i inne drinki bardzo umilały (i ułatwiały) nam tańce i zachwyt nad obiektami oglądanymi z wody w promieniach zachodzącego słońca.
  • Dos Hermanos (po portugalsku: bracia) to dwie skały, na które rozciągał się piękny (choć trochę przymglony porankiem i szarawy) widok z końcówki plaży Ipanema. Widok mógł być leciutką paralelą do naszego samopoczucia po wczorajszym rejsie.
Dos Hermanos, dwie prawie bliźniacze skały, a pod nimi hotel
  • Wyprawa na Ipanemę – skusiłiśmy się na nią sami w sobotę rano, w dzień naszego wyjazdu. Należało przemaszerować wzdłuż Copacabany jakiś kilometr, minąć półwysep i wkrótce zaczynała się następna ze słynnych plaż. Pogoda była średnia, ciężkie chmury zakrywały niebo i w którymś momencie zaczęło kropić. Po drodze minęliśmy mały targ rybny pod gołym niebem. Przy Ipanemie dźwięczała mi w uszach piosenka Girl from Ipanema, w wersji portugalskiej Garota de Ipanema, gdy więc natrafiliśmy na pomnik mężczyzny z gitarą, nie miałam wątpliwości, że to musi być ON! Twórca piosenki! Wtedy nie pamiętałam nawet, jak się nazywał – dziś już wiem: Tom Jobim (właściwie Antonio Carlos Jobim), jeden z twórców stylu bossa nova. Wędrowaliśmy bulwarem przy plaży, nie schodząc na piasek i wtedy odkryliśmy, że koronawirusowy stan izolacji Rio pogłębia się – policja patrolująca plażę nie pozwalała na kąpiel, sporty wodne ani plażowanie. Smutno… Jeszce dzień wcześniej sami się kąpaliśmy i plażowaliśmy na Copacabanie!
Girl from Ipanema… Tom Jobim, mój nowy kumpel.
Zachmurzona Ipanema
  • Spacery po Nossa Senora de Copacabana. Ta ulica jest równoległą do Avenida Atlantica i jest typową handlową ulicą Rio, pełną sklepów i restauracji, z pewnym nagięciem na ruch turystyczny, ze względu na bliskość plaży. Przemierzyliśmy wiele razy jej odcinek, a to szukając jedzenia, a to kompletując souveniry. Koniecznie w Brazylii trzeba zobaczyć sklepy Havaianas – te klapki, to wręcz produkt narodowy i naczelne miejscowe obuwie. Radzę kupić, bo są tańsze niż w Polsce, no, i ten wybór…! Przeciętnie kosztują około 30-40 reali. My nabyliśmy wszystkim bliskim w prezencie, łącznie z niemowlęcymi.
Havaianaski, mon amour!
  • Plażowanie na Copacabanie i kąpiel w oceanie – udały nam się po południu, w piątek, w przeddzień odjazdu. Było miło, ale woda nie była specjalnie ciepła.
Plażowanie i kąpiel też się udały!

Jakie ceny w Brazylii?

Brazylia ma dość mocną walutę i nie jest tam tanio, choć oczywiście też i nie jakoś szczególnie zaporowo. Real stał prawie łeb w łeb ze złotówką, łatwo więc było przeliczać. Dziś ten przelicznik jest już trochę korzystniejszy dla złotówki.

  • caipirinha przy plaży czy w knajpce – 12 reali
  • przekąska na wynos (coś w rodzaju tortilli) w barze w Iguacu – 33 BRL
  • obiad jednodaniowy w bistro (ryż, warzywa, kurczak) – 35 BRL
  • kolacja w restauracji hotelowej w Manaus (bufet, wybór) – 69 BRL / os., później dano nam promocyjną cenę 50 BRL
  • sok karton 1 litr w sklepie – 5-6 BRL
  • kawa w ziarnach paczka 0.25 kg – 18 BRL (mielona jest tańsza, ok. 10 BRL)
  • cachaça (czytaj: kaszasa – tutejszy rum) – 11-32 BRL
  • butelka wina 40-60 reali (zbójecko! od razu widać, że to nie jest “winny” kraj)

Dlaczego w Rio czasem czuliśmy się dziwnie?

Już wspomniałam – Rio jest dla nas do poprawki. Może się uda jeszcze kiedyś przyjechać, żeby nadrobić braki. Choć na razie #stayhome…

Wszystkiemu winien koronawirus. Jego powiększający się zasięg i liczba ofiar również w Brazylii pokrzyżowała nasze turystyczne ścieżki. Ponieważ byliśmy tu od razu rozpoznawalni jako Europejczycy (a jak wiadomo, z ich punktu widzenia zaraza przyszła z Europy) wzbudzaliśmy strach. W hotelu po odejściu przez kogoś z naszych od stolika, pieczołowicie go 5 minut dezynfekowano. W markecie po naszych zakupach pani spryskiwała ladę przy kasie. W kawiarni, gdzie weszliśmy z zamiarem wypicia kawy, a potem się rozmyśliliśmy, obsługująca z ulgą na twarzy chwyciła za odkażacz. Wtedy jeszcze było to dla nas nowe i śmieszne, dzisiaj, prawie 2 miesiące później, wszędzie stało się powszechne.

21 marca – zaczęto patrolowanie plaż 🙁

Byliśmy przedostatnimi, którzy opuszczali duży hotel. To, co nastało po nas w mieście nastawionym na turystykę pewnie śmieszne nie jest…

Na szczęście samoloty KLM latały jeszcze normalnie.

Bye bye, Ipanema!

Dla Sebastiana Szarańca -dziękuję! Za wszystko, co zrobił, a zrobił dużo! Pucio, pucio, pucio!

    Komentarzy - 8

  1. Dziękuję Grażynko .
    Dzięki Tobie , z wielką przyjemnością , udałam się na ponowne zwiedzanie tych cudownych miejsc . 🥰

  2. Z wielką przyjemnością czytam Twoje wspomnienia z naszej podróży, fajnie zilustrowane fotograficznie. Cieszę się, że w ostatniej chwili udało nam się jednak odbyć tę podróż.

    1. Ja też się cieszę! Na następną podróż pewnie trochę poczekamy… Ale – trzeba mieć nadzieję i plany w zanadrzu!

  3. Brawo Grażynko-dzięki Twoim dowcipnym ale i dokładnym opisom przeżywam jeszcze raz przeżywam jtę wyprawę- jedną z najciekawszych w moich podróżach. Postanowiłam tym razem nie notować swoich wrażeń, a tylko patrzeć i ochłonąć wszystko.wokół .I miałam rację. Ty zrobiłaś to świetnie.

  4. Przepraszam za błędy,które się pojawiły z powodu “bujania” internetu
    Z niecierpliwością czekam na następny odcinek.
    .

  5. Egzotycznie i ciekawie. Mogę z Tobą podróżować dalej. Życzę kolejnych niezwykłych przeżyć. Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *